Autor Wiadomość
Laukaz
PostWysłany: Sob 22:17, 13 Paź 2007    Temat postu:

Rozdział V



Samotny starzec siedział samotnie na złotym tronie pośród chmur, nie był to jednak Bóg. Tutaj był obecny przywódca innej kasty bogów. Zeus z Olimpu, bo o nim mowa miał wielki problem, problem na skalę światową. Nie wiedział, że będzie musiał naruszyć o wiele bardziej potężne bariery niż te jakimi są otoczone umysły ludzi, teraz musiał wniknąć w świadomość Czarnego Zbawiciela.

- Czego Chcesz Neptunie? – spytał głębokim basem przepełnionym goryczą.

- Ocal go Zeusie, Bóg nie żyje, niedługo Jezusa czeka ten sam los. Wierzę, że w nim wciąż jest dobro. – Neptun wyszedł z cienia, jego twarz pokrywały głębokie zmarszczki, podrapał się po brodzie pomarszczonym palcem.

- Istnieje jeden sposób, ale do tego potrzebuję twej pomocy. Twej Neptunie i jeszcze innej osoby. – w oku Zeusa pojawił się przebiegły błysk. – Sprowadź Herkulesa.

Posejdon znikł w błysku pioruna, pojawił się za pół sekundy, za nim szedł potężny mężczyzna, jego ciemno opalona skóra doskonale współgrała z czarnymi włosami jakie oplatały jego ramiona, delikatnie zarysowane mięśnie mówiły tylko „Dotknij mnie a nie przeżyjesz”. Blizna idąca ukośnie w stosunku do kręgosłupa dodawała mu tylko uroku. Przed Zeusem stanął jego własny syn.

- Co mam robić? – spytał na przywitanie.

- Przytrzymać Jasona. – odparł Jowisz. – W tej chwili śpi zamknięty w mentalnej trumnie, jednak będę musiał uwolnić go jeśli konieczne będzie wprowadzenie w plan mojego pomysłu. – odparł z flegmą Zeus.

- Co to za plan? – wtrącił się milczący Neptun.

- Jason Tylo istnieje dalej, jednak zaćmił go Mroczny Chrystus, twój syn Posejdonie poświęcił się dla swoich bliskich. Czarny Zbawiciel żyje w nim, jednak traktowany jest jako jego ciemna połowa. Mroczna Strona Natury. Rozumiecie?

Gdy oboje kiwnęli w milczeniu głowami Jowisz wznowił monolog.

- Użyję starego zaklęcia, ty Herkulesie przytrzymasz Jasona, natomiast Neptun wspomoże mnie telepatycznie, doda mi sił, gdybym zasłabł.

- A jaki jest skutek tego zaklęcia? – spytał blady Posejdon.

- Rozdzielę go na pół. Zrobię z niego dwie osoby, osobno będzie istniał Jason Clive Tylo i drugą osobę będzie stanowił Czarny Zbawiciel.

- Zgadzam się. – szepnął ponuro ojciec Jasona gładząc niebieską szatę okrywającą mu ciało.



Trzy Dni Później – Olimp.

Jason był uśpiony, Herkules stanął za nim. Znajdowali się w czerwonym pomieszczeniu. Blask oświetlał ich wszystkich. Jowisz skupił się mocno zaciskając powieki. W oczach obudzonego Jasona pełgał trupi blask, graniczył z furią. Herkules zamknął go w żelaznym uścisku swoich ramion. Sile tytana nie mogło nic dorównać, wściekły Tylo patrzył bezradnie na coraz większe skupienie swojego ojca, wspomagającego Zeusa. Złoto zielony promień poleciał w jego stronę. Wtem rozległ się dziki wrzask mitycznego stwora, z Jasona wyszedł Mroczny Chrystus, Tylo padł nieprzytomny, natomiast Czarnego Zbawiciela trzymał dalej Herakles, na którego czole wystąpił pot a mięśnie napięły się niebezpiecznie. Cios w splot słoneczny powalił tytana zupełnie. Mroczny Chrystus wstał. Jednak nie miał już twarzy Jasona Tylo. Teraz była to żywa czaszka płonąca zielonym ogniem. W oczodołach ziała pustka.

- Głuuuuuuupcy. – zawył. – Nie wiecie na co się porwaliście. Teraz jestem o wiele silniejszy – To mówiąc zniknął.

Jason ocknął się. Wstał obolały, w jego oczach lśniły łzy.

- Co ja narobiłem? – spytał wszystkich ze łzami w oczach.

Neptun przytulił syna, który płakał jak małe dziecko. Odzyskał potomka. Obok nich zmaterializował się Richard Lawrance. Gdy zobaczył Jasona wolnego po prostu wziął go w ramiona jak i Neptun. Nie patrzył na to, że jest mężczyzną.

- Wybacz mi Rick. – szepnął i osunął się w sen.

- Nie znałem tamtego człowieka. – odpowiedział mu telepatycznie Lawrance. Wziął go na ręce i zwrócił się do Bogów Olimpu.

- Wracam z nim na ziemię. Jest tam jak najszybciej potrzebny. – znikł w błysku pioruna.



Tymczasem w Jądrze Ziemi



Mroczny Chrystus okazawszy swoją prawdziwą fizjonomię przechadzał się ze Stygmatem Piekieł w ręku po mrocznych otchłaniach ziemi. Obok niego stał Lord Archimonde.

- Zabij wszystkich ziemian, metody mnie nie interesują. – rzekł Czarny Zbawiciel.

- A Jason Tylo i jego rodzina?

- Przyprowadź ich do mnie…..Gdy wystąpią komplikacje… - cisnął kulą ognia w wytworzoną przez siebie podobiznę Jasona. – Zabij wszystkich.
Siaba
PostWysłany: Pią 15:13, 14 Wrz 2007    Temat postu:

Ja chcem jeszcze Razz
Laukaz
PostWysłany: Czw 8:40, 13 Wrz 2007    Temat postu:

Udało mi się sklecić kolejny rozdziałek. Siedze teraz w szkole i wam go publikuje;) Czytajcie i komentujcie

Rozdział IV

Błękit nieba został splamiony przez świeżą krew. Z chmur padały krople barwy osocza. Archaniołowie ginęli bestialsko mordowani w różne sposoby. To Mroczny Chrystus spuścił zastępy ze smyczy. Po upadku Durotaru spodziewano się większej liczby ofiar i rzezi. Nic takiego nie miało miejsca. Czarny Zbawiciel zbierał oddziały, nadchodził ostateczny rozrachunek. Równiny Northendu nie widziały jeszcze takiego brutalnego piekła. Piekło to było wywołane przez jedną osobę. Czarne skrzydła powiewały na wietrze doskonale kontrastując z bielą śniegu jaki legł na plugawej ziemi. Mężczyzna ten miał czerwoną skórę i włosy barwy hebanu. Jeden świetlisty punkt ukazał się na tym martwym obliczu. Czarny Zbawiciel uronił łzę, płakał jak małe dziecko. Rozpętał wojnę i teraz nie może tego zmienić. Obok niego pojawił się Lord Archimonde we własnej osobie. Obnażył żółte kły w upiornym uśmiechu oblizując spieczone od słońca wargi.
- Rycerze Śmierci czekają na zgliszczach miasta Durotar, są gotowi aby uderzyć. – ukłonił się przed swoim panem.
- Co z Łowcami Cieni? – spytał Jason. – Sami nie damy rady z takim wrogiem jak Magnaci Świętej Krwi.
- Dołączyli już do Rycerzy Śmierci, czekają na Ciebie także lisze oraz olbrzymy i biesy podziemi. Orkowie i Taureni nie umieli dostrzec profitów płynących z przyłączenia sie do Ciebie.
- Rozniosę ich w pył. Archimonde, możesz odejść, na razie nie bede cie już potrzebował.
Upiorny Władca zniknął. Jason przeniósł się pod Valiant Street V. W środku na jego nieszczęście był tylko Logan, szukał Trójzębu Neptuna. Gdy zobaczył ojca po prostu zbladł.
- Ty chytry łysy zboczony parszywy skurwysynu. - wycedził Holcroft przez zaciśnięte zęby - Wyjdź stąd bo zmuszę cię siłą.
- Tristewindri - Logan uchylił się przed zaklęciem, musnęło tylko jego dłoń, syknął kiedy krew krzepnęła mu w żyłach.
Jason widząc niedowład ręki syna pomyślał chwilę, zabijał machinalnie, musiał to zrobić, żeby przetrwać.
- DOOM MASICRE!
Destrukcyjna siła zaklęcia zmiotła wszystko, jednak Tylo był nieruszony. Poprawił szatę i otrzepał rękaw z kurzu. Łza spłynęła na bezgłowy korpus Logana. Każde zabójstwo odciskało swoje piętno na duszy. Mroczny Chrystus płakał. Płakał i nie mógł przestać. Zmieniło go cierpienie i ból. Poświęcił siebie aby ratować swoich bliskich, teraz eliminował ich jednego po drugim. Jego głównym celem był Jezus, a oni byli tylko pionkami stojącymi mu na drodze.
Przed nim zmaterializowała się postać starca, starca, którego Jason dobrze znał.
- Co ty ze sobą zrobiłeś synu? - spytał Posejdon z żalem w głosie. - Pokonałeś Andromatha, poświęciłeś siebie aby ratować syna, pomogłeś pokonać Szatana, Delawar i Levantos zginęli, jeden z ręki Randalla, drugi z twojej. Dlaczego synu? Powiedz, dlaczego stałeś sie Czarnym Zbawicielem.
- Żeby ochronić rodzinę ojcze. Nie miałem innego wyboru.
- Zawsze jest wybór synu. - odpowiedział smutnie szczerze Neptun. - Za bardzo się zeszmaciłeś, wróć na jasną stronę, a wtedy wszystko wróci do normy. To piekło może sie skończyć. Wróć Jasonie.
- Nie mogę ojcze, trzyma mnie przeznaczenie.
Neptun posmutniał jeszcze bardziej. Spojrzał ze łzami w oczach na swojego pierworodnego.
- Nie jesteś już moim synem. Wybacz mi to - zawiesił efektownie głos. - Jierdanos!
W Jasona wystrzelił biały promień, znieruchomiał i po prostu osunął się w sen. Posejdon zabrał go na Olimp.
- Skoro Chrystus nie umiał nic zdziałać może Bogowie Olimpijscy dadzą sobie radę.
Siaba
PostWysłany: Śro 13:31, 29 Sie 2007    Temat postu:

Super, jak zwykle Smile Nie znalazłam żadnych literówek, ortów ani istotnych błędów stylistycznycg Podoba mi się ostatnia linijka Smile Taka... taka mroczna ... Ale za Jasnona to wciąż mam na Ciebie olbrzymiego focha Razz Czekam na olejny rozdział. Smile
Laukaz
PostWysłany: Śro 13:24, 29 Sie 2007    Temat postu:

Rozdział III

Jason przejął niebiosa, teraz tylko postanowił osobiście udać się do krainy Durotar. Jednak tam czekał na niego ktoś kogo musiał zabić.
Teleportował się prosto pod pałac w królestwie Czarnego Słońca. Wszystkie budynki były ze złotego piaskowca, aura jasnej strony wprost od nich promieniowała. Mroczny Chrystus tylko tym wzgardził, jego czerwona skóra w połączeniu ze słońcem Durotaru dawała nieziemski efekt. Obok niego w zaułku pojawił się Archimonde.
- Jak idą przygotowania? – spytał spokojnie Czarny Zbawiciel.
- Tak jak obiecałem, tylko wampiry są nieuległe, lecz szybko ich wybijemy, z taką przewagę liczebną, co do liszów, biesów podziemi, oraz innych nieumartych są na twoje rozkazy. Rycerze Śmierci także nie śpią.
- Doooobrze. – przeciągnął słowa Jason. – Teraz rozprawię się z jedyną przeszkodą na tym padole, która przeszkadza mi w zdobyciu tronu Chrystusa. Rick szykuj się. – szepnął po czym zniknął w czarnej mgle.
Tymczasem w Sali Tronowej Durotaru Richard Lawrance vel. Baron Kalgalath przechadzał się po pomieszczeniu. Czarny Zbawiciel dostał się do miasta, to nie wróżyło nic dobrego.
- Wojska na pozycje. – polecił. – Łucznicy na baszty, magowie i nekromanci do wieży strażniczej, nie wpuszczę tego ścierwa wprost do mojego pałacu, będę walczył jeśli będzie trzeba.
Magowie w złotych szatach oraz nekromanci w srebrnych mieli za zadanie odciągnąć Jasona magią od miasta, tam wojsko i łucznicy mieli z niego zrobić sito.
- „Zginiecie”. – słyszał Rick w swojej głowie szept. Głos był mu bardzo dobrze znany.
- Nie pozwolę, żeby Czarny Zbawiciel zniszczył Durotar, czy wam się to podoba czy nie Tato. Będę bronił swojego królestwa nawet za cenę życia.

Jason kroczył samotnie wśród ulic, powoli zbliżał się do złotego pałacu, naprzeciw niego wyrósł elfi strażnik, złota peleryna doskonale kontrastowała z białą zbroją, gdy tylko zobaczył wroga oczy rozszerzyły mu się w paroksyzmie strachu.
- Czarny Zbawiciel. – szepnął.
- Tristewindri.
Elfowi krew zakrzepła w żyłach, siny na twarzy osunął się na kolana. Spojrzał ledwo co na swojego oprawcę. Ostatnie co zdążył zauważyć to promień światła lecący w niego z dużą prędkością, rozbryźnięcie się ciała na milion kawałeczków, potem była już tylko ciemność.
Zmasakrowana papka, która niegdyś była zdrowym młodym ciałem elfa teraz została zmieszana z błotem. Tylo ruszył dalej.
W końcu dotarł do bramy pałacu, swoimi zmysłami wyczuł, że nadchodzi niebezpieczeństwo. Dobył swojego mrocznego miecza.
- ORVALOS!
Wszystkie zaklęcia rzucone przez magów Kalgalatha wchłonęła bariera wytworzona przez Mrocznego Chrystusa.
Jason skupił się całym umysłem i ciałem. Oczy przybrały srebrny kolor, włosy wydłużyły się do pasa, miały rażąco żółty odcień, uszy nieznacznie się zakrzywiły, były jak u elfa. Kły pokrywała świeża krew z dziąseł.
Kalgalath zobaczył przemianę Jasona, dosłownie zbladł
- Filos Mori, legendarna bestia mroku. – szepnął.
- Destructius!
Cały pałac zatrząsł się w posadach, zostały z niego tylko kupy gruzu. W kierunku Jasona poleciały złote strzały z czerwonymi drzewcami. Łatwo je odbił, właściwie zatrzymał w powietrzu i rzucił z większą prędkością w kierunku ich właścicieli. Rozerwało ich na kawałki.
Naprzeciw byłego archanioła wyszedł Richard, ubrany był w czerwoną zbroję, u pasa miał przypasany wielki topór.
- Wola Hellscreama. – stwierdził Tylo z powagą. – Widać jesteś potężny Rick.
- Dla ciebie Baron Kalgalath padalcu. – warknął Lawrance. – Nie jesteś już moim przyjacielem.
Dobyli broni, skrzyżował się miecz z toporem, iskry sypały się w morderczym tańcu zawirowań, póz i różnych kombinacji szermierczych. Jeden nie ustępował drugiemu, w końcu porzucili broń białą i przeszli na magię. W powietrzu najpierw latały słabe zaklęcia, dopiero później w ruch poszły druidzkie, elfickie, nekromanckie, Magnatów Świętej Krwi, piekielne i anielskie. Richard był coraz bardziej zmęczony, natomiast Jason w ogóle nie odczuwał zmęczenia, przeciwnie, był pełen wigoru i krzepy. Przebił bok barona swoim mieczem, ten już prawie konał.
- Zabij mnie. – szepnął.
- Napsułeś mi krwi, śmierć jest za łagodna dla ciebie. – to mówiąc wyjął zza pasa berło z mosiężnego metalu, miało na samej górze czaszkę z zielonymi ognikami w oczodołach.
- Nie. – przeraził się Lawrance. – Nie ośmielisz się.
- Memento Mori. – szepnął Tylo. Zielone światło wsiąkło w ciało barona, wyszła z niego jego dusza, nieumarła banshee.
- Czeeeeeeego? – zawodził skowytem zmarłego. – Jessssstem na twooooooje roooooozkaaaaaaazyyyyy Paaaaanie.
- Teraz gdy mam syna Chrystusa w garści jego ojciec nie będzie dla mnie żadną przeszkodą. Jezu Chryste szykuj się.
Siaba
PostWysłany: Czw 21:59, 23 Sie 2007    Temat postu:

Boskie jak zwykle Smile Ale za Jasona to ja cie autentycznie skrzywdze? I dlaczego akurat Bóg? Super rozdzialik Smile Czekam słoneczko na następny :*
Laukaz
PostWysłany: Czw 21:53, 23 Sie 2007    Temat postu:

Rozdział II



W tej samej chwili w lesie Dranei trwało zawzięte szkolenie, oddziały orków pod wodzą Broma trenowały różne zaklęcia czarno magiczne, elfickie, wampirze i nekromancie. Brom udzielał różnych rad a propos inkantacji, obudził się Mroczny Chrystus i musieli być przygotowani na wszystko.

- Nie tak! – darł się raz po raz. – Macie walczyć mieczem a nie machać jak kawałkiem drewna! To jest walka, nie konkurs taneczny! Nigdy nie atakujcie pierwsi, bohaterzy zawsze giną na początku. Pamiętajcie, Jestem waszym wodzem, pójdę z wami do boju i sam w tym boju zginę.



Równiny Northendu – Ten sam czas.



Jason zmierzał powoli poprzez mróz i nawałnicę, krople śniegu siekły mu twarz. Twarz człowieka zżartego przez czarną magię, jego oczy były puste, bez wyrazu. Kiedyś pełne życia, teraz pełne bólu i łez. Nie miał innego wyboru, musiał stoczyć wojnę z całymi niebiosami. Obok niego pojawił się Lord Archimonde we własnej osobie.

- Lordzie Archimonde, jak idzie szkolenie? – spytał Jason.

- Wampiry są nieuległe, nie są po naszej stronie. Jezus je przekonał, jednak biesy podziemi, bestie kodo, rycerze śmierci, lisze i inne jednostki nieumarte są na twoje rozkazy mój Panie. – oznajmił potwór. – Kim jeszcze mam się zająć.

- Udasz się do krainy Durotar, musisz ściągnąć Łowców Cieni. Tajemne istoty obdarzone czarną magią, dowiedziałem się, że niebiosa mają wsparcie Magnatów Świętej Krwi. Łowcy i Magnaci toczyli wojny od zarania dziejów. Kraina Durotar jest jedynym ostatnim bastionem zła. Istnieje tam równowaga, magiczna bariera oddziela Magnatów Świętej Krwi oraz Łowców Cieni. Jedni nie wchodzą w paradę drugim. To się jednak zmieni, czasy Mrocznego Chrystusa nastały. Zajmij się nimi, ja stoczę krwawy bój z Baronem Kalgalath, jest on synem Jezusa, gdy usunę już jego, wtedy jego ojciec nie będzie żadną przeszkodą. – zaśmiał się nienawistnie.

- Jak rozkażesz mój Panie. – Archimonde skłoniwszy się zniknął w błysku ognia.

- Pora odwiedzić stare śmiecie. – wyszeptał nienawistnie.

Bramy niebios zwykle złote teraz zalały się krwią. Krwią Świętego Piotra. Starzec miał odciętą głowę, posoka zalała bramy, zaś jego czaszka wbita została na pal wytworzony przez Jasona.

- Taka chała jest obrazą dla miecza. – to mówiąc jednym uderzeniem z półobrotu wywarzył złote odrzwia. Na spotkanie Jasonowi wyszedł archanioł Michał. O dziwo odezwał się po angielsku.

- I sense the dark side In you Jason. I can`t let you pass.

- Wypierdalaj ty angielski chuju, bo ci zrobię krzywdę.

- Nie pozwolę Ci przejść

Jedno uderzenie w splot słoneczny wystarczyło, aby białą jak marmur posadzkę zalała srebrna krew archanioła. Zgiął się w pół plując na prawo i lewo, nie zdążył nic zrobić, został rozerwany na pół.

Mroczny Chrystus poszedł dalej, znacząc krwią archanioła każdy przebyty centymetr. Gdy dotarł do celu ujrzał pałac boży. Ku niemu biegły dwie postacie, aż za bardzo znajome.

Logan i Bruce podążali śladem Jasona. Dobyli mieczy w tempie ekspresowym. Czarny Zbawiciel tylko wzruszył ramionami, wyciągnął dłoń przed siebie.

- Rizac!

Wokół niego zaczęła tworzyć się czarna mgła, pochłaniała wszystko co stanęło jej na drodze. Szczególnie znaczyła krew archaniołów. Zmieniała się ona w żywe szkielety, ich oczy płonęły ogniem piekielnym.

Zająć się nimi. I nie przeszkadzać mi w moim zadaniu. Wy weźcie ich, ja przyjmę na swoje barki archaniołów, oraz Boga.

W błysku pioruna zmaterializował się przed obliczem samego stwórcy.

- Czas Umierać starcze, kończy się Twoja władza teraz…..I nie za krótko trwała.

- Jestem Bogiem, alfą i omegą, początkiem i końcem, sądzisz, że mnie pokonasz i zajmiesz moje miejsce? Jesteś w błędzie samozwańcu.

Jason zrzucił czerwony płaszcz ze swoich ramion, ukazały się czerwone napięte mięśnie, w nich trzymał Stygmat Piekieł. Oczy wyrażały coś czego w nich nigdy nie było : Chęć mordu.

- Zacznijmy więc. – orzekł Stwórca.

- Używam czarnej magii, moje zdolności nie są tak ograniczone jak wasze. Żałosne umiejętności archaniołów a nawet Jezusa są niczym w porównaniu potęgi Czarnego Zbawiciela.

Przyjęli pozycje bojową, Jason nie atakował pierwszy, trwali w bezruchu dość długi czas, w końcu Bóg zniecierpliwiony zaatakował pierwszy.

- Sacre Dios! – z jego ręki wystrzelił czerwono – zielony promień.

- Fils dem im. – czar zatrzymał się przed nosem Jasona, ten tylko zamknął oczy, skupił się mocno, uniósł się w powietrze.

- Doom Masicre.

Stwórca uskoczył w bok, nie dał rady zneutralizować czaru, z tak potężnym przeciwnikiem nie walczył od czasu Szatana. Tylo zmaterializował się przed nim, przebił mu bok, i podciął mu gardło, Bóg po prostu padł, nie mógł się wykrwawić, toteż oddychał bardzo ciężko.

Jason nie miał litości, wbił Stygmat Piekieł prosto w serce Stwórcy. Bóg legł we własnych wnętrznościach, skonał zabity przez byłego sojusznika.

- Teraz ja Jestem nowym Bogiem. Niebiosa strzeżcie się.

Taki widok zastał Chrystus, nie mógł uwierzyć we własne oczy, że jego ojciec zginął z ręki największego z archaniołów, teraz ich najgorszego wroga.

- Zginiesz o wiele gorzej Jezu Chryste, pamiętaj : Równiny Northendu, daję ci trzy dni, zabiję cię gdy będę w pełni gotów objąć panowanie ciemnej strony. Nie zatrzyma mnie nic. – wyjął chusteczkę z kieszeni spodni, wyczyścił starannie miecz, sprawdził ostrze, po czym schował go do pochwy jakby to była jego codzienna czynność. Obok niego pojawił się Lord Archimonde, spojrzał tylko na tą rzeź, o mało nie zwymiotował.

- Spokojnie, to dopiero początki, właściwie przedsmak, następnym celem jest Jezus Chrystus, gdy zabiję jego będę gotów przystąpić do ataku na ziemię. W tym celu muszę otworzyć portal do krainy Durotar, musze ściągnąć Łowców Cieni.

- Panie, ja za przeproszeniem, że może to zabrzmieć wulgarnie, ale mam pytanie, i to bardzo poważne : Ty Jesteś popierdolony, czy tylko takiego Udajesz?

- Kolego, ja byłem na świecie kiedy ty gniłeś w gnieździe mamusi i wpierdalałeś robaki z ziemi świętej, więc do kurwy nędzy nie mów mi nic o moim stanie psychicznym, bo cię wyślę na rente, dotarło? Aha i jeszcze jedno i proszę teraz nie uznaj, że jestem niewychowany, ale mógłbyś kurwa zainwestować w jakiś porządny odświeżacz do tego przegnitego pyska?

- Ależ ja wcale nie mam przegnitego pyska, tylko mi capi troszkę. – potwór zrobił oczka jakby przed chwilą wyszedł na świat.

- Napierdala na pół świata takim odorem, że Czarnobyl to przy tym jest perfuma z Oriflame. Gdybyś miał mózg zamiast tego pierdolonego orzeszka może byś w końcu przetrawił przekazane informacje.

- Ale…

- Jeszcze jedno słowo a przerobię ci dupę na zajezdnię tramwajową, Bóg już doświadczył tego smaczku. Zapytam jeszcze raz : DOCIERA DO TEGO TWOJEGO PIERDOLONEGO TIC-TAKA?!.

Potwór po prostu umilkł.

- Szczeniak ma niewyparzony język. – pomyślał.

- Jak już zmuszasz mózg do działania to proszę myśl o mnie pozytywnie. Kapewu? Widzę Twoje myśli i wiem co w tej chwili gości w twojej trójkątnej czaszce.

Mroczny Chrystus omiótł wzrokiem stos ciał archaniołów, na to nabił ciało Boga.

- Teraz tylko Równiny Northendu, spotkamy się za trzy dni, Jezu Chryste, wtedy przygotuj się na śmierć niegodną syna Bożego.
Siaba
PostWysłany: Wto 11:56, 21 Sie 2007    Temat postu:

Dlaczego Jason? Dlaczego? Nie lubie Cię Razz Rozdzialik fajny choć krótki Smile Czekam na dalszą część Smile
olcia
PostWysłany: Wto 11:55, 21 Sie 2007    Temat postu:

supcio czekam na nastepne:)
Laukaz
PostWysłany: Wto 11:52, 21 Sie 2007    Temat postu: Więzień Czasu V : Mroczny Chrystus

Rozdział I

Londyn. Spokojne miasto, stolica Anglii, jak dotąd ludzie patrzyli w nieboskłon wyczekując słońca, lub deszczu, jednak nie zauważali czarnego punktu, czarnego punkciku na Big Benie.
Osobnik stojący tam miał wielkie czarne skrzydła, czerwoną skórę, czarne długie do pasa włosy i przytroczony miecz, biała peleryna powiewała za nim jak skrzydła gigantycznego nietoperza, obrzucił Londyn szybkim wytrawnym spojrzeniem. Jego wzrok utkwił na jednym budynku „Valiant Street V”. Samotna łza popłynęła mu po policzku, jednak szybko zdusil w sobie rozpacz.
- Tak musiało być – powiedział sam do siebie. – Jason Tylo już nie istnieje, czas aby Mroczny Chrystus rozpoczął polowanie.
Obok niego pojawił się stwór z wielkimi skrzydłami, jego prawa ręka.
- Lordzie Archimonde. – zwrócił się do potwora. – Zbierz oddziały nieumarłych, chcę mieć tutaj wszystkich z każdej kasty, począwszy od liszy poprzez biesy podziemi, skończywszy na podobnych tobie upiornych władcach, rycerze śmierci też się przydadzą.
- Jak rozkażesz panie. – skłonił się stwór po czym zniknął w uderzeniu pioruna.
Czarny Zbawiciel przyglądał się miastu dłuższą chwilę, odgarnął włosy z czoła.
- Następnym celem będą niebiosa. – wyszeptał nienawistnie.

Tymczasem w Niebiosach.

Armia Wampirów, nekromantów i archaniołów szkoliła się pod okiem Magnatów Świętej Krwi, jednak najbardziej przeżywał to Chrystus.
- Równiny Northendu. – szeptał do siebie. – Daj mi trzy dni Jasonie, nawrócę cię na jasną stronę. Nawrócę cię albo zginę.

Powered by phpBB © 2001-2004 phpBB Group
phpBB Style by Vjacheslav Trushkin