Autor Wiadomość
Siaba
PostWysłany: Sob 13:39, 18 Sie 2007    Temat postu:

Moja ulubiona część zaraz po Stygmacie jak na razie Smile
Laukaz
PostWysłany: Sob 13:22, 18 Sie 2007    Temat postu:

Rozdział IX

Jason i jego syn wirowali przez czas, śpieszyło im się, Linhardt, zwierzę Jasona przebywało na Valiant Street V, razem z Laukazem i Liv, udało im się wylądować przed domem, wszyscy pognali na górę, zagrożenia nie było, drzwi otworzyła im Livia, w czerwonym szlafroku, widać została przed chwilą obudzona. Randall ze zdumieniem zauważył, że jego narzeczona ma większy brzuch, była w zaawansowanej ciąży, szybko skomunikował się z Jerzym
- "Cześć, śpisz?"
- "Skoro rozmawiamy to chyba nie!, co sie dzieje?"
- "Chodzi o Liv, kiedy mnie nie było, jej ciąża nie była zaawansowana, a teraz?, zaraz mi kobieta zacznie rodzić!"
- "Wir Czasu został naruszony, kiedy ciebie nie było przez jeden dzień, tutaj minęło 8 miesięcy chłopie, wieź ją do szpitala, bądź przy niej, pogadam z Jasonem, on ci wszystko wyłoży" - skończył, po czym rozłączył się.
Siedzieli w salonie zastanawiając się co robić, gdy Liv prawie, że zgięła się w pół z bólu.
- Rodzę! - krzyknęła.
Jej narzeczony długo nie czekał, chwycił ją na ręce, rozpostarł skrzydła i w mgnieniu oka znalazł się w placówce służby zdrowia. Na oddziale widać było zaspane pielęgniarki, krzątających się woźnych oraz pacjentów w salach. Tylo pobiegł do najbliższej dyżurki.
- Narzeczona mi rodzi!, proszę o pomoc. - krzyknął do lekarza siedzącego przy biurku, ten zareagował natychmiast, i 10 minut później Liv była na porodówce, Randall usiadł na krześle obok sali i czekał, nie wiadomo skąd pojawił się obok niego ojciec.
- Ładnie, zostanę dziadkiem. - uśmiechnął się do syna i uściskał po ojcowsku. - Widzisz synu, pamiętam kiedy to 35 lat temu ja odbierałem twoją świętej pamięci matkę z tej samej sali porodowej, ona rodziła ciebie, a ja czekałem na nią, była piękna tak jak Liv, brakuje mi jej zginęła w katastrofie samolotu, kiedy leciała do Bostonu razem z Noelem i Rayem.
- Pamiętam mamę, kiedy zginąłeś ja byłem dla niej oparciem, straciłem ciebie wtedy przez swoją głupotę, nie mogłem sobie tego wybaczyć tato. - Randall się rozpłakał jak małe dziecko. - Pamiętam, kiedy walczyłem z tobą na rzymskiej prowincji Zucckabar, pamiętam kiedy kazałem cię pojmać i uwięzić, nie byłem wtedy sobą, miałem wypaczony umysł, wybaczysz mi tato? - spytał ze łzami w oczach.
- Synu, gdybym miał ci nie wybaczyć, nie siedziałbym teraz tutaj i nie czekałbym na narodziny mojego wnuka, lub wnuczki, ja cię kocham Randall, jesteś moim synem, i będę przy tobie zawsze, pokonałem śmierć, aby ci pomóc. - nie przestawał uśmiechać się Jason.
- Radziłem sobie doskonale sam.
- Ale już nie jesteś sam, masz ojca, dotarło?.
- Kiedy opijamy pępkowe? - spytał Randall ze śmiechem.
- Jeszcze ci się potomek nie urodził, a ty już chcesz opijać nałogowcu ty jeden!. - ochrzanił go ojciec. - Siedź i czekaj.
Minuty wlokły się niemiłosiernie, dwaj aniołowie siedzieli prawie, że nieruchomo na krzesłach, w końcu nad ranem o godzinie 10 z pokoju porodowego wyszedł lekarz, siwy starszy człowiek z pomarszczonym czołem i w białym kitlu.
- Pan Randall Tylo?. - zwrócił się do Jasona.
- Nie panie doktorze, jestem Jason Tylo, ojciec tego oto jegomościa, to jest Randall. - odpowiedział wskazując na syna.
- A więc proszę pana, moje gratulacje, ma pan uroczego synka, pańska małżonka śpi, wyjdzie ze szpitala wieczorem, w czasie porodu nie było komplikacji, odwiedzić żonę może pan później, proszę iść i się przespać, do widzenia. - podał obydwu rękę po czym oddalił się.
- Pijemy pępkowe - odezwał się Jason.
- Tato!.Cholera jasna!, ja tu się martwię jak zapewnić mojej przyszłej żonie i synowi bezpieczeństwo a ty tylko o chlaniu, powiedz mi czego się dowiedziałeś na temat zagrożenia.
- Daj mi się chociaż kawy napić, ok?.
Poszli oboje do domu, Laukaz i Linhardt byli w swoich normalnych postaciach, jednak zaczęli się łasić do właścicieli. Ci pogłaskali ich za uszami.
- Leżeć obaj. - odezwał się Randall.
Gdy już pili napój z dużą domieszką kofeiny, oboje odżyli. Jason opowiadał synowi o wszystkim co wiedział na temat artefaktu, nagle przed nimi pojawił się.........
- Logan!? - krzyknął Jason.
- Hylius!? - krzyknął Randall. - Jak to możliwe?.
Okazało się, że Logan i Hylius cały czas przebywali w Rzymie, jednak tylko rzymianin zmienił się nie do poznania, włosy miał postawione na żel, opalony i pewny siebie, nie byl już tym kogo Jason zostawił w Rzymie. Oboje byli gladiatorami u Commodusa, a gdy władca zginął ci wrócili pomóc ojcu i bratu. Przeszli szkolenie na archaniołów, jednak poprosili Gabriela aby nic nikomu nie mówił o ich treningu. Holcroft miał w ręku butelkę wódki.
- Pępkowe?. - spytał Logan
- No dobra, niech wam będzie, czekajcie na mnie, odbiorę Liv i dziecko ze szpitala, a właśnie nie pomyślałem nad imieniem, co proponujecie?
- Nazwij go powiedzmy.........Scott?. - podsunął Jason.
- Albo Bruce, może być? - pomagał ojcu Logan.
- Niech będzie Bruce, idę po Liv. - rzekł Randall po czym zniknął w płomieniach. Pojawił się za pół godziny razem z kobietą i synkiem na ręku.
Liv poznała się z Loganem i Hyliusem, Jason nalał im trunku, po czym wstał.
- Proszę o uwagę, teraz gdy rozpoczęliśmy przyjęcie...
- Raczej libację alkocholową - wtrącił Randall.
- Zamierzam aby..
- Wszyscy się urżnęli.
- Po części oficjalnej możemy..........
- Zacząć pochłaniać procenty. - ten ostatni przerywnik wywołał falę śmiechu, Jason wyrzeźbił wnukowi piękną kołyskę z drewna, a Logan przyniósł pościel, wszystkie rzeczy dla dziecka też się znalazły.
- Idziesz o zakład, że nie będziesz dziś trzeźwy? - spytał Randall z miną niewiniątka.
- Idę. - odparł Jason. - Zaczynamy.
Wszyscy bawili się świetnie, spać poszli dopiero rano, Liv nie piła, karmiła piersią dziecko. Jason poszedł spać na górę, Logan i Hylius też, Randall zasnął obok narzeczonej. Miał syna śpiącego w kołysce i to było najważniejsze aby utrzymać jego i Livię.

Rozdział X

Od narodzin małego Bruce`a minęło 20 lat. Liv miała w sobie krew archanioła, także się nie starzała, wnuk Jasona wyrósł na pięknego młodzieńca. Siły piekieł nie atakowały, Miecz Ibelinu trzymał ich w ryzach.Bruce nie był już małym berbeciem, po ojcu odziedziczył mądrość i siłę, po matce urodę, a po dziadku był uparty jak osioł i humor go nie opuszczał. Na Valiant Street mieszkali wszyscy, Jason, Randall z Liv, Hylius, Logan i Bruce. Bruce nie wiedział o tym co przeszli jego ojciec i dziadek a ci woleli siedzieć cicho, Randall już przeszedł na emeryturę razem z Livią ciesząc się z dorastania ich jedynej latorośli, u Jasona o pracy nie było mowy. "History Discovers" przejął jego wnuk, który jak przedtem ojciec,dziadek i pradziadek Clive Tylo. Nikt z archaniołów i Liv się nie starzeli. Właśnie był wieczór i wszyscy siedzieli przy butelce Polskiej Wyborowej, były 20 urodziny Bruce`a i trzeba było to oblać. Właśnie głos zabrał Randall.
- Proszę o uwagę. - to mówiąc wstał. - Jak wszyscy wiecie mój syn kończy dzisiaj 20 lat, jestem z niego dumny, Bruce, zdrówko. - podniósł kieliszek i wychylił jednym łykiem jego zawartość. Rodzinka poszła za jego przykładem, nagle z Randallem skomunikował się Jerzy.
- "Wiem, że opijasz urodziny syna ty nałogowcu jeden, ale przeproś ich na chwilę i pozwól do mnie, odnaleźliśmy Gabriela" - rozłączył się.
Tylo przeprosił wszystkich, wyszedł przed dom, upewnił się, że nikt go nie widzi, rozpostarł śnieżnobiałe skrzydła i migiem znalazł się w niebie. Tam czekał na niego cały komitet powitalny, łącznie z Bogiem.
- Gabriel się znalazł, ale teraz jest prawą ręką szatana Randallu, jest jego uczniem. - westchnął ze smutkiem Michał.
- Potrzebujemy kogoś kto zstąpi do piekieł i go odbije. - ozwał się stwórca. - I czas aby twój syn przeszkolił się na archanioła, do ciebie należy to aby mu o tym powiedzieć, leć do domu, ale poczekaj z tym do jutra, niech Jason i Logan ci pomogą. - skończył Bóg.
Randall nie czekał długo, zleciał na ziemię, schował skrzydła i wśliznął się cicho do pokoju, wszyscy dalej pili wódkę. Nagle rozległo się łupnięcie w drzwi, dało się słyszeć odgłos wyłamywanych zawiasów.
- "Idziemy" - porozuimeli się aniołowie, Jason odezwał się do zwierząt "Chodźcie kotki, przydacie się na polu walki".
- "Winguard i Revan do mnie" - ozwał się Logan, usłyszał to Jason, spytał syna w myślach
- "Kto to jest Winguard i Revan?".
- "Zwierzaki, mój i Hyliusa, on ma geparda a ja lwicę, kapewu?"
Wszyscy prócz Liv i Bruce`a wyszli przed dom, stała tam armia demonów
- Oddaj nam Miecz Ibelinu, inaczej zginiesz. - syknął jeden z nich.
- To się zaczyna robić nudne. - odezwał się Randall, po czym czterech archaniołów ruszyło na demoniczny pomiot. Pomogli im ich pupile, gepard i lwica dobrze sobie radzili, lew i tygrys zresztą też, po 10 minutach walki zostały tylko rozszarpane zwłoki diabłów. Z ziemi wyrósł.......
- Gabriel!?. - krzyknął Jason. - To ty, nareszcie się znalazłeś!
To nie był ten sam Gabriel, którego pamiętali, teraz skórę miał czerwoną a na plecach pentagram. Dzierżył diabelski oręż w dłoni. Rzucił się na nich z nowym zastępem demonów, Jason zajął się nim, a Randall i spółka jego kolegami. Z upadłym archaniołem nikt nie mógł sobie poradzić. Jednak głowę ściął mu.....Bruce. Przeniósł się do nieba i przeszedł szybki trening pod okiem Boga. Dowiedział się wszystkiego czego nie zdążył powiedzieć mu ojciec, od wnuka Jasona emanowała furia jakiej nikt nigdy nie widział. Musieli wszyscy przenieść się do czasów krucjat aby zniszczyć szatana. Tam miała się odbyć ostatnia wojna i nie mogli tego przepuścić.

Rozdział XI

Bruce, Randall, Logan, Hylius i Jason przenieśli się w czasy krucjat, za pomocą portalu, który otworzył im Bóg, wylądowali u bram Keraku, tam ginęły wojska Ryszarda Lwie Serce. Wkroczyli do miasta i zaczęli prawdziwą rzeź, wśród sług szatana. Najbardziej wściekły był Bruce, takiej furii Jason dawno nie widział, sam nie był taki zdenerwowany, kiedy w Rzymie młócił twarz syna ciosami aby uwolnić go spod władzy Tanatosa, wtedy przypłacił to życiem, jednak Bóg dał mu drugą szansę. Nie czekając na nic pomagał wnukowi jak mógł, tymczasem jego synowie i Hylius pomagali żołnierzom króla. Krew lała się niemiłosiernie, sam władca nie widział, żeby ktoś tak biegle władał ostrzem, skrzydła mieli schowane, także wyglądali na normalnych ludzi. Ryszard miał bujną brązową brodę, i był już starszym jegomościem, mieczem władał po mistrzowsku, ale przy naszych bohaterach był po prostu amatorem. Na czoło armii demonów wyszedł Lucyfer we własnej osobie.
- Podoba się wam tutaj? - spytał. - To dobrze, bo to będzie miejsce waszego spoczynku!. - krzyknął po czym rzucił w kierunku Jasona Kulę Śmiercionośnego Ognia, była dwa razy większa niż ta, którą władali archaniołowie, a ogień ten był czarny, odbił ją Bruce swoim orężem i rzucił się na diabła.
- Nie! - krzyknął jego ojciec. - Stój synu!.
Nie dało się powstrzymać prawnuka Posejdona i Króla Artura. Szatan z trudem opierał się ciosom miecza, aż w końcu udało się wbić anielski oręż w jego serce, jednak to nie poskutkowało.
- Głupcze, tylko Excalibur może mnie zabić!. - odtrącił młodego z siłą błyskawicy. Do akcji wkroczył Randall.
- Zostaw mojego syna. - syknął z błyskiem w oku.
- Czyżby znowu ktoś mi się stawiał?, zajmijcie się nim.
Armia Demonów postąpiła do przodu, Jason wytworzył na swojej dłoni błyskawicę.
- Zaraz was trochę podregulujemy, bo coś się wam chyba w głowach popierdoliło!. - krzyknął Randall, rzeź rozpoczęła się na nowo i nie wiadomo jak by się to skończyło, gdyby Bóg nie zstąpił na ziemię, razem z Legionami Aniołów.
- Dość. - rzekł Stwórca. - Walcz ze mną Lucyferze.
- Tak się bawimy, mam tutaj kilka asów w zanadrzu, przedstawiam wam kilku waszych starych znajomych, Jasonie, napewno pamiętasz Andromatha.
Z ziemi wyłoniły się osoby na których towarzystwo Jasonowi nie przyszła teraz ochota, Andromath, Tanatos, Dahaka, Damodar i Andariel.
- O kurwa - zaklął Jason.
- Ja cię pierdolę - zawtórował mu Randall, który dobrze pamiętał co się działo, kiedy był następcą Damodara jako Książę Mrocznych Pretorian.
- Poprosimy resztę zawodników. - ozwał się stwórca, rozpoczynamy wojnę bracia. - ozwał się stwórca. - Tego nie zapomni nikt z żyjących.
Piorun rozdarł niebiosa, które przybrały czerwony kolor. Zapowiadała się rzeź. Nagle rozbłysło białe światło, Bruce uniósł się w powietrze i zaczął chłonąć tą całą czerwień.
- Wybraniec. - odezwał się Michał. - To on ma nosić Excalibur, nie ty Randallu, daj mu go, on pokona siły zła.
Gdy Bruce opadł ojciec podał mu Miecz Ibelinu, rozbłysło w jego ręku czerwienią nieboskłonu. Przyjął pozycję i czekał.
W ziemię uderzyła błyskawica, którą sprowadził stwórca. Z otworu wyszli królewicz Hektor, Lizander, Tekton, Gantoris oraz wszyscy Pretorianie Światła i armia Troi.
- Witaj Jasonie. - przywitał się z nim Hektor. - Dawno cię nie widziałem, kim oni są?. - spytał patrząc na Bruce`a i Randalla.
- To mój syn i wnuk, zostałem dziadkiem Hektorze, ale nie traćmy na to czasu, ktoś nam jeszcze pomoże? - zapytał.
- My. - ozwał się głos z nieba. Zstąpili zeń wszyscy Bogowie Olimpijscy, herosi w tym Herkules i Jazon, oraz ojciec Andromatha Orneus i jego brat Flameroth.
- Znowu razem w boju. - uśmiechnął się ten ostatni. - Do broni bracia!.
Naprzeciwko siebie zebrały się dwie potęgi, Bogowie Olimpu, Bóg i jego archaniołowie, herosi, Trojanie, Pretorianie Światła i siły piekieł. Wojnę miał rozstrzygnąć Wybraniec, wiele od niego zależało. Wszyscy liczyli na Bruce`a i nie mógł ich zawieźć.

Rozdział XII

Armia Boga, i Legiony Szatana stały naprzeciw siebie w gruzach Keraku, dowodzić wszystkim miał Bruce, Jason i reszta mieli słuchać jego rozkazów, Bóg z Zeusem postanowili dowodzić swoimi legionami, jednak archaniołom rozkazywał wnuk Jasona. Posejdon gdy zobaczył swego wnuka i prawnuka ze skrzydłami wyrastającymi z pleców łza zakręciła mu się w oku. Bruce z Excaliburem w ręku wyglądał naprawdę imponująco, Jason i Randall przy nim byli nowicjuszami. Herkules i Jazon podziwiali dowódcę, jednak Lucyfer chełpił się jeszcze nie odniesionym zwycięstwem.
- Zobaczymy kto zwycięży, do boju! - ryknął, aż zatrząsł się grunt pod nogami wszystkich.
- Trojanie! - zagrzmiał Hektor. - Czas wojny nadszedł.
Wszyscy wyciągnęli miecze a na tyłach łuki, złote ze strzałami Bogów Olimpu.
- Pretorianie!. - zawtórował mu Gantoris. - Walczmy w imię pokoju i bezpieczeństwa!.
Ci natomiast dobyli swoich ostrzy.
Bogowie Olimpijscy chwycili swoje artefakty, Zeus pioruny, Posejdon Trójząb, Artemis łuk, Orneus i Flameroth posługiwali się stalą Atlantydy.
Herosi mieli nadludzką siłę. Do armii należeli Herkules jako dowódca, Jazon, Tezeusz, Perseusz, Odyseusz i Achilles, który przeszedł na stronę światła i teraz walczył nie przeciwko Trojanom a przy boku Hektora, do tej grupy przyłączyli się Tekton i Lizander.
Piekło także nie próżnowało, Dahaka i Andariel mieli na swoich usługach legiony demonów piekielnych, Andromath wszystkich potępionych z Tartaru, Tanatos przyłączył się do Damodara, który dowodził Mrocznymi Pretorianami.
- "Roznieście ich. - przekazał w myślach Jason wszystkim.
- "Nie ma sprawy".
Bruce miał inną taktykę. Najpierw mieli walczyć Hektor z Andromathem. Królewicz wyszedł z mieczem na środek, demon zamachnął się swoim czarnym ostrzem, Trojanin odbił atak, dodawał mu sił Zeus, królewicz wykonał zgrabne cięcie i przepołowił gardło demona. Wszystkie jego sługi zapadły się pod ziemię.
- "Jeden z głowy, idziemy hurtem?" - spytał wszystkich Jason.
- "Nie i koniec, Bruce to rozstrzygnie ale ty się nie wtrącaj" - zganił go Stwórca.
Herkules zajął się Dahaką, łatwo połamał mu ręce w stawach, i obciął ramię, jego oponent wydał nieludzki okrzyk podobny do skrzeku chimery.
Damodara wziął Gantoris, skręcił mu kark, gdy ten chciał go przeciąć wpół ostrzem ciemności, Mroczni Pretorianie bezpowrotnie zginęli w czeluściach ziemi, Tanatos zmierzył się z Lizandrem, który niestety poległ od śmiercionośnej strzały, zajął się nim Jason, posyłając w jego kierunku Kulę Ognia i Błyskawic w jednym, piekł go tak długo, aż z Boga Śmierci został jedynie popiół. Orneus chciał zabić Lucyfera, jednak został ciężko raniony od pazurów diabła.
- Dość tej zabawy. - orzekł Hektor. - Do boju, zginiemy jeśli taka będzie wola Bogów.
Trojanie zwarli się w jedność razem z innymi wojskami, były ich miliony. Piekło też zwarło się w jedność, Andariel ocalały pomagał Szatanowi. Dwie armie ruszyły na siebie, Woda ich zalewała(Sprawka Neptuna), Ogień trawił ciała i pioruny piekły skórę na ciałach wrogów, herosi, w tym Herkules z Achillesem nie radzili sobie gorzej, włócznia Pelidy i maczuga bohatera młóciły wszystkich, archaniołowie pomagali swoimi mieczami, Bruce jak narazie trzymał się z boku, Excalibur dał mu niewyobrażalną moc, nie siedział jednak bezczynnie, gołymi rękami urwał łeb Andarielowi, który śmiał rzucić mu wyzwanie, ten nie czekał, chwycił go za szyję i wyrwał głowę wraz z kręgosłupem. Demonów zaczęło ubywać, został tylko Lucyfer, strona światła nie poniosła żadnych obrażeń, Lizandra i Orneusa wyleczył Eskulap. Na przód wyszedł Bruce z Mieczem Ibelinu w dłoni.
- Kończmy tą zabawę Lucku, zdechniesz jak pies. - rzekł głosem tak zimnym, że przeraził wszystkich, po czym skrzyżował ostrza z diabłem. Walczył tak zaciekle jak dotąd nigdy, Lucyfer pocił się ze zmęczenia, Logan, Hylius oraz ojciec i dziadek Bruce`a patrzyli z podziwem, Bóg zablokował ich ruch, aby się nie wtrącali. Czerwone ostrze Excalibura przepołowiło miecz Diabła, jednak ten stworzył nowy, walczyli cały dzień, w końcu Bruce wściekły obciął szatanowi głowę. Świat zalało czerwone światło, wszystkie zło jakie istniało przestało egzystować. Wszystkich zalała fala pokoju. Uśmiechnięty Jason z Randallem i Hektorem podnieśli wycieńczonego Bruce`a. Chłopak naprawdę zasłużył sobie na miano Zbawiciela. Podszedł doń Bóg, potem Zeus a na końcu wszyscy uczestnicy wojny. Dziękowali mu, Trojanie składali dary, Bogowie ofiarowali ambrozję i nektar, Pretorianie Światła, zaś Świetlisty Topór. Od Herkulesa otrzymał maczugę, jednak nie tą którą posługiwał się heros. Bruce poczuł ulgę, jakiej nie doświadczył nigdy.
Świat był wolny, a to wszystko dzięki niemu, synowi Randalla Tylo, wnukowi Jasona Tylo i prawnukowi Posejdona, Króla Artura i Morgany Le Fay. Zabił Diabła, był drugim Jezusem.
- Otworzę Wam portal. – uśmiechnął się Jason. – Hektorze. – rzekł do królewicza. – Walczyć znów u twego boku było zaszczytem. – uścisnął królewicza jak brata, następnie pożegnał się ze wszystkimi Trojanami, na końcu z herosami, gdy podszedł do Herkulesa, łza zakręciła mu się w oku.
- Przyjacielu, to już koniec, zło przeciw któremu walczyliśmy zostało pokonane, wracaj do Grecji, znajdź sobie żonę, płódź dzieci i miej się dobrze. – uścisnął go z całej siły.
- Puść. – śmiał się heros. – Stracę oddech i będą wieźć trupa.
Następnie podszedł do Achillesa, spojrzał Pelidzie głęboko w oczy, po czym przemówił.
- Achillesie, szlachetny synu Peleusa, wiem, że dzieliły nas spory, kiedy walczyłeś w imieniu Achajów z Hektorem i Trojanami, jednak ten czas minął, zostaliście sojusznikami, załóżcie nową Troję i rządźcie w niej dobrze i sprawiedliwie. - wyciągnął rękę do bohatera, ten z uśmiechem ją uścisnął.
- Przepraszam za wszystkie krzywdy. - wykrztusił Pelida.
Pożegnawszy się z herosami, podszedł do Bogów Olimpu, z Flamerothem i Orneusem pożegnał się szybko, stanął jednak przy Zeusie.
- Panie, zaszczytem było walczyć u boku z twoim synem, jednak jeszcze większym jest mieć ciebie za sojusznika.
Zatrzymał się przy ojcu.
- Dziękuję, tylko tyle mogę powiedzieć.
- Jestem dumny z takiego syna jak ty Jasonie, to ja ci dziękuję, napawasz mnie dumą. - przytulił syna po męsku.
Gantoris i Pretorianie Światła pożegnali się i wrócili do Rzymu, Bogowie z herosami na Olimp, Trojanie do swego nowo budowanego grodu, Aniołowie i Bóg do Nieba, zaś rodzina Jasona na Valiant Street V. Była okazja do imprezy i nie mogli jej przepuścić.

Epilog.

Livia siedziała w mieszkaniu czekając na powrót archaniołów. O ludzkie odzienie postarał się Logan, on miał dżinsy, był bez koszulki, co podkreślało jego mięśnie, tak samo wszyscy. Gdy weszli, Liv rzuciła się na szyję Randallowi, pocałowała go namiętnie, Jason też dostał buziaka, obcałowała wszystkich ze łzami w oczach. Bruce opowiedział co się stało, opisał koniec diabła, jak i ostatnią wojnę. Liv zaczęła szlochać ze szczęścia.
Sielankę przerwał Randall.
- Pijemy i to bez gadania. - wytworzył butelkę Polskiej Wyborowej, i sześć kieliszków. - Za naszego zbawiciela. - wzniósł swój kielich do góry, rozległy się owacje. Impreza rozkręciła się prawie natychmiast.
- Idziesz o zakład, że nie będziesz dzisiaj trzeźwy? - spytał dziadka Bruce.
- Idę, a bo co?.
- Dostałem od Hektora rzadki gatunek rośliny, zwą ją kwiatem lotosu, jednak ten kwiat pochodzi z Olimpu, może urżnąć nawet archanioła, to co zaczynamy?.
- Nie widzę problemu.
Jason po kilku kolejkach był pijany w trzy dupy, rano wszyscy obudzili się gdzie popadło. Jedynie Bruce trzymał fason i był trzeźwiutki, napił się ambrozji i wytrzeźwiał na miejscu, po kilku minutach wszyscy byli jak nowi. Właśnie podano śniadanie, kurczaka z ziemniakami i buraki.
- Co robimy teraz? - spytał Bruce odgryzając kawał mięsa.
- Zajmiemy się domem, czekam na wnuka. - odpowiedział mu Randall. - sam wsuwał trzecią dokładkę ziemniaków.
- O Pardon, ja sie nie zgadzam. - oburzył się na żarty Jason. - Dziadkiem ok, ale pradziadkiem zostać to już przesada. - ten z kolei pożerał bigos.
- Nie narzekaj. - upomniała go Liv. - Ja zostałabym babcią, a chyba nie wyglądam. - ubrana była tylko w koszulę nocną, do kolan. - ona popijała pepsi colę.
- Cicho być, mam dość rozmów o koligacjach rodzinnych, głodny jestem. - ozwał się Logan.
- Wpierdalasz jak wół a jeszcze ci mało. - bąknął Randall.
- A ty to kurwa co?, może romantyzm iście garmażeryjny?.
Wybuch śmiechu zatrząsł mieszkaniem.
- Logan żre jak wół a ty Tato dla odmiany chlejesz dwie cysterny wódki dziennie i gdzie tutaj abstynencja archaniołów?. - rzucił Bruce, żując mięso kurczęcia. - Robimy kolejną imprezkę?.
- Ochujałeś?, rozumiem jedną, była okazja, ale upierdalać się na całego dzień w dzień? - spytał Hylius, który klął już po mistrzowsku, w ogóle zapomniał, że był Rzymianinem, czuł się jak rodowity Amerykanin.
- My się nie upierdalamy, my tylko oficjalnie pochłaniamy procenty. - wtrącił Holcroft co wywołało kolejną falę śmiechu.
- Imprezka i jeszcze raz Imprezka. - zacierał ręce Randall. - Co Ty na to kochanie? - zwrócił Sie do Liv.
- Nie mam nic przeciwko. - uśmiechnęła się.
Więc zrobili kolejną balangę. Śmiali się, pili alkohol i jedli pyszną kolację. Pokonali armię szatana, na świecie zapanował pokój. Jason spoglądał na swojego syna, z dumą w sercu.
- Jest taki jak ja, gdy byłem młody . - pomyślał. - Bruce natomiast przypomina mi mnie podczas walki z Tanatosem.
Rodzina Jasona Tylo była szczęśliwa, on sam miał powód do dumy, trzech wspaniałych synów, wnuk, który przerastał go umiejętnościami, piękna synowa, o niczym innym nie mógł marzyć, miał dom i kochającą rodzinę a co najważniejsze, przestał wreszcie być Więźniem Czasu i tak kończą się jego przygody z błękitnym wirem.
Laukaz
PostWysłany: Sob 13:21, 18 Sie 2007    Temat postu:

Rozdział VII

Jason lecąc na ziemię za pomocą skrzydeł, myślał jak wytłumaczy synowi swoje zmartwychwstanie, prawdą była jego śmierć, lecz nie wierzył czy Randall dojdzie do siebie, kiedy zobaczy, iż jego ojciec żyje, a ponadto jest jednym z sług Boga. Gdy wylądował w zaułku między Valiant Street V a VI rozejrzał się dookoła.
- Nareszcie w domu. - szepnął do siebie z lekkim uśmiechem. - Ciekawe jak radzi sobie mój synek.
Tej odpowiedzi długo nie szukał, nad Londynem zapadała już noc, jednak wyraźnie było widać błysk ognia. Tylo wychylił się zza ściany budynku i doznał prawie, że wstrząsu. Jego syna oraz młodzieńca w zbroi atakował legion zakapturzonych postaci.
- Laukaz do mnie. - pomyślał Randall, obok niego zaraz pojawił się wielki tygrys i zaczął rozszarpywać ciała oprawców. Towarzysz Randalla radził sobie niezgorzej, ciął toporem wszystko co się dało, głowy latały w powietrzu a wszystko było zakrwawione. Jednak najlepiej radził sobie potomek Jasona. Słał kule ognia i błyskawic we wszystkie strony, na koniec dobył miecza i ruszył koledze na pomoc. Gdy już było po wszystkim w głowie Jasona ozwał się Gabriel "Wyjdź, ale odsłoń twarz".
Jason wyszedł, lecz już nikogo nie było. Bez problemu dostał się na klatkę schodową, ale postanowił przestraszyć synka. Zasłonił twarz, i trzepnął pięścią w drzwi.
W mieszkaniu dało się słyszeć rumor, to Balian zbiegł na dół, a Liv przestraszyła się nie na żarty.
- Zostańcie. - polecił Randall. - Cokolwiek to jest ja mam największe szanse.
Wbiegł do przedpokoju, rozłożył skrzydła i otworzył drzwi zamaszystym ruchem.
- Kim jesteś? - spytał z grozą w głosie, nie otrzymawszy odpowiedzi, wytworzył na dłoni Kulę Ognia, na drugiej miał Błyskawicę.
- Skosztujesz Voltów, albo Ognia. - oznajmił z gniewem w głosie. - Przypalić, czy przypiec?. Mów kim kurwa jesteś! - krzyknął
Jason był pod wrażeniem, ten człowiek nie był tym samym Randallem, którego pojechał odbić do Rzymu, wcześniej był wylęknionym małym dzieckiem, teraz stał przed nim dojrzały mężczyzna.
- Przypominasz mi mnie, kiedy byłem młody i spragniony przygód. - zaczął Jason, jednak syn mu przerwał.
- Chuj mnie to obchodzi, osłonisz twarz, albo pogadamy inaczej. Moja lewa ręka to śmierć a prawej to sam się boję!.
Balian i Liv nie wytrzymali i pobiegli na miejsce kłótni, Ibelińczyk miał w dłoni topór a Liv wałek.
Jason postanowił skończyć tę farsę.
- Nie poznajesz mnie? - spytał. - Synu? - to mówiąc odsłonił oblicze, Randall zemdlał, Jason złapał syna w locie i przetransportował na łózko. Balian patrzył na to nie mogąc się ruszyć. Dopiero Liv odzyskała mowę.
- Kim pan jest?. - spytała, lecz w przeciwieństwie do narzeczonego głos miała spokojny. - Kim Pan jest dla Randalla?.
- Ojcem. - odpowiedział z gracją, po czym odwrócił się w jej stronę i ucałował dłoń. - Jason Tylo, miło poznać. Wszystko wam wyjaśnię kiedy ten wariat się obudzi.
Dopiero wtedy Liv zobaczyła jak oni są podobni, Randall był właściwie taki sam jak jego ojciec. Ale mówił jej, że Jason nie żyje, jakim więc cudem stał tutaj teraz?.
Dwie godziny później Randall odzyskał przytomność, jednak zerwał się tak raptownie z łóżka, że przygrzmocił głową o kant stołu.
- Przyłóż sobie coś zimnego. - usłyszał głos ojca. - Twoja matka by mnie zabiła, gdybym ci czegoś nie dał. - to mówiąc wytworzył bryłę lodu na dłoni i przyłożył ją synowi w miejsce, które ucierpiało. - A teraz pozwolicie, że wam wyjaśnię jakim cudem jestem tutaj z wami. Gdy zabił mnie Tanatos spadałem bardzo długo, on zresztą też, jego zabił Gabriel, a mnie uratował, dostałem drugą szansę, muszę Ci pomóc synu. A co do ciebie - zwrócił się do Baliana. - Miecz Ibelinu będzie nam potrzebny, wrócimy do twoich czasów, ty, ja i Randall, pomożemy ci w wojnie. A co do Ciebie - tym razem zwrócił się do Liv. - Poczekasz tutaj na nas, nic nam się nie stanie.
- Tato. - ozwał się półprztytomny Randall. - Liv nosi moje dziecko. Musi zostać w bezpiecznym ukryciu. Będziesz dziadkiem.
- O kurwa. - wypsnęło się Jasonowi. - Opuszczę was na chwilę, Balianie zostań tutaj, mój syn jeszcze do siebie nie doszedł, ja ide szykować podróż.
Poleciał do siedziby "History Discovers" i nastawił odpowiednio maszynę czasu. Teraz tylko trzeba było wcisnąć "START" i ruszyć. Wrócił do mieszkania lotem błyskawicy. Jego syn już doszedł do siebie.
Jason skomunikował się z Gabrielem.
- "Mój syn będzie miał dziecko, a jest archaniołem, co z tego będzie?".
- "Jego dziecko będzie pół-aniołem, będzie mogło używać cech anielskich, jednak będzie śmiertelne".
- Idziemy. - polecił Randall. - Nie mamy czasu.
Gdy wychodzili Liv stała w drzwiach, żegnała swojego chłopaka, życząc szybkiego powrotu do domu.
Wchodząc w wir czasu Randall patrzył na ojca.
- "Nic się nie zmienił" - pomyślał, po czym wkroczył w błękitny wir.

Rozdział VIII

Jason,Randall i Balian, który zdecydował się lecieć z nimi wirowali w wirze czasu aż stanęli o dziwo w lesie. W Londynie była noc, jednak w puszczy grzało ostre słońce, Jason miał na sobie krótkie spodnie i był bez koszulki co ukazywało jego mocno opalone plecy i klatkę piersiową, twarz już nie była blada, ale brązowa, Randall nie ustępował ojcu, był także opalony, ale trochę mniej, miał krótkie włosy tak jak jego rodziciel, rysy twarzy były identyczne jak u Jasona, już nie był małym wylęknionym chłopcem, którego Tylo chciał odbić z Rzymu, kiedy to Randall był Księciem Mrocznych Pretorian, teraz stał przed nim dojrzały mężczyzna w wieku 35 lat, mający wkrótce zostać ojcem. Balian miał na sobie długie dżinsy, jednak postanowili coś zrobić z tym przyodziewkiem. Jason długo nie czekał, nakreślił ręką duże koło, po czym przeszli przez nie wszyscy, każdy miał na sobie zbroję z białego metalu, z czerwonym krzyżem na plecach, nawet Ibelińczyk.
- Nie ujawniamy się z naszymi zdolnościami synu - przestrzegł chłopaka Jason. - Jak zobaczą co wyprawiamy to nas posądzą o wyznawanie szatana.
- A gdzie broń? - spytał Balian.
- Ja to zrobię. - rzekł Randall, pomyślał przez chwilę i każdy miał pełne wyposażenie, Jason miał swój anielski miecz, tak samo jak syn, a Balian dzierżył Miecz Ibelinu, mieli też łuki na ramionach i kołczany na plecach.
Szli przez puszczę nasłuchując uważnie, przeszli przez cały las wychodząc na pustynię, na której był widoczny gród, Balian poznał to miasto.
- Ibelin, miasto mojego rodu, musimy się tam pojawić towarzysze, czuję, że dzieje się coś niedobrego, ale mamy trochę daleko.
Aniołowie rozłożyli skrzydła, Jason chwycił Baliana i tym sposobem znaleźli się pod bramą lotem błyskawicy, na murach nie było strażników, jednak dali radę wejść(Patrz : Wlecieć). To co działo się w Ibelinie było porównywalne do masakry, ludzie uciekali cięci w biegu przez piekielne ostrza.
- Wkraczamy. - rzekł Jason. - Nie ujawniamy się narazie z naszymi zdolnościami.
W tym momencie dostrzegli kobietę uciekającą przed pięcioma demonami, miała długie czarne włosy i była bardzo piękna, miała szlachetne rysy twarzy, za nią sunęli oprawcy.
- Mój Boże - Balian pobladł. - To Sybilla!. - krzyknął, po czym rzucił się z Mieczem Ibelinu na demony, odrąbał jednemu głowę, ciało przepołowił. Dwóch następnych dosięgły błyskawice archaniołów, jednego Jason przypiekł, i wyciął serce, zasłaniając Sybillę własnym ciałem, został tylko jeden z demonów, nim zajął się Randall, potraktował go Voltami i ogniem jednocześnie, strzała przebiła głowę, a diabelskie serce zostało rozerwane.
- Gnijcie w piekle. - syknął Balian, po czym podszedł do kobiety.
- To ja, Balian, chodź, musimy się ulotnić. - chwycił ją na ręce, ponieważ zemdlała z przerażenia, oboje przenieśli się do jego dworu. Gdy kobieta odzyskała przytomność opowiedziała mężowi co się działo. Saraceni zawarli pakt z diabłem, aby zniszczyć Jerozolimę, potrzebowali Miecza Ibelinu, aby zapanować nad całym światem i zniszczyć Boga.
- Szykuje się wojna, ale taka na niebiańską skalę. - rzekł Randall. - Pomożemy jak będziemy mogli. Pozwolicie, że was opuszczę, tato, Balianie zostańcie tutaj.
Poleciał do niebios, aby porozmawiać z Gabrielem, zastał go trenującego młodych adeptów.
- Cześć, możemy pogadać?. - spytał.
- Pewnie, widziałem twoje dokonania na polu bitwy, radzisz sobie doskonale, śmiać mi się chciało, kiedy chciałeś przypalić własnego ojca. - teraz archanioł się śmiał.
- Bez jaj, kazałeś mi uważać, także uważałem, to nie moja wina, że nie pokazał mi twarzy, dobra do rzeczy, opowiedz mi co wiesz na temat miecza, który targa Balian, Miecza Ibelinu.
- Ibelin był w zasadzie drugim po Jerozolimie grodem chrześcijańskim, są bardzo oddani naszemu panu, miecz ten był w rodzinie Baliana od stuleci, a jak ci chyba wiadomo to Ibelin jest zbudowany na włościach gdzie żyli Sasi, później wyparli ich Brytowie, a kto był najwaleczniejszym brytem w dziejach?
- Nie wiem.
- Artur z Camelotu, a Mieczem Ibelinu jest Excalibur, musisz go użyć kiedy nadejdzie odpowiedni czas, jesteś w prostej linii potomkiem Króla Artura i Morgany Le Fay, a to, że twoim dziadkiem był Neptun to, że tak powiem działka Jasona, on wywodzi się od starożytnych ale twoja matka Karen, która już nie żyje wywodziła się właśnie z Camelotu. Tym orężem możesz zabić szatana, nasze ostrza ćwiartują tylko jego sługi, napis na twoim ramieniu :"Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor"
"Niech z naszych kości narodzi się mściciel", właśnie dotyczy Artura i Morgany, bo to na ziemiach Ibelińskich są pochowane ich szkielety, szukaj w swoim dworze pod ziemią, w bibliotece masz tajemne przejście, podejdziesz do portretu króla Baldwina IV i głośno i wyraźnie wypowiesz to co masz na ramieniu, oczywiście po łacinie.
W tym momencie z Randallem skomunikował się ojciec.
- "Na ziemię synu, mamy towarzystwo, zabierz aniołów, Gabriel też mile widziany, ale Szymon i Jerzy też mogą być, najlepiej ściągnij całe niebiosa, piekło atakuje, rozjebali pół miasta, Balian mi pomaga, ale jest z nim niedobrze, oberwał strzałą w prawe płuco i serce, zaraz zginie". - skończył, po czym przerwał połączenie. Młody Tylo wyłuszczył przyjacielowi sprawę, po czym zastępy aniołów ściągnęły na ziemię.
Ibelin płonął, Sybilla zginęła zabita przez demony, Jason posyłał raz po raz w ich kierunku błyskawice, Balian konał trzymając kurczowo oręż w dłoni. niebo zajaśniało oślepiającą poświatą, nadlatywali aniołowie. Randall wylądował miękko obok ojca, i zaczął młócić na prawo i lewo wszystkich jakich miał pod ręką. Ibelińczyk konając podał Miecz Ibelinu Randallowi.
- Stań się tym kim miałeś być - wycharczał i zmarł.
- Muszę nas stąd przenieść - krzyknął Jason do syna. - Nie damy rady w mieście!.
Na pustynię przeniósł ich Gabriel, armie były ustawione naprzeciw siebie, Jason i Randall stali przy sobie z orężami w dłoni, kiedy młody Tylo chwycił artefakt poczuł przypływ nadludzkiej siły, pewniej ścisnął rękojeść i ruszył do boju, lała się krew, jednak archaniołowie kładli wszystkich trupem, na środek wyszedł Lucyfer we własnej osobie.
- Daj mi Miecz a spotka cię śmierć łagodna i bezbolesna. - syknął do Randalla.
- Rusz mojego syna to ci skurwysynie wypruję flaki. - rzucił Jason z groźbą w głosie, po czym wysłał w jego kierunku Kulę Ognia i Błyskawicy. Szatan się uchylił i rzucił się na Jasona, jednak powstrzymał go oręż Gabriela.
- Lećcie!, ja go powstrzymam!. Nie dacie mu rady!.
Zastępy aniołów odleciały do nieba, Jason i Randall wraz z nimi, oboje stanęli przed tronem Bożym.
- Teraz kiedy masz Miecz Ibelinu wróć do swoich czasów bracie nasz, musisz wziąść Laukaza z sobą do boju, a twoja narzeczona musi pozostać w ukryciu, Jasonie, ty i twoje zwierzę musicie pomóc Randallowi, Gabriel zaginął, odnajdziemy go, ale czuję, że nie będzie to łatwe. - skończył stwórca.
- Jakie ty masz zwierzę tato?
- Kota, ale trochę innego niż Laukaz, mój jest czarny jak matka noc i nazywa się Linhardt, jest lwem.
Pożegnali się ze stwórcą i weszli w wir dryfując w czasoprzestrzeni.

Tymczasem w Piekle.

Do ciemnego pomieszczenia nazywanego tutaj Komnatą Strachu wszedł Lucyfer, popatrzył z pogardą na postać leżącą na stole tortur, całą poparzoną od ognia piekielnego, twarz była cała czarna, jednak duch dalej nieskazitelnie czysty.
- Ulegnij mojej mocy głupcze, albo podaj rękę własnemu zniszczeniu. - wytworzył kulę piekielnego ognia na dłoni i rzucił nią w jeńca ten krzyknął w niebogłosy.
- Nigdy się do ciebie nie przyłączę!
- Wierz mi Gabrielu, że przysięgniesz mi wierność i to nie z przymusu ale z własnej nieprzymuszonej woli jako mój uczeń. Uczeń Szatana.

Rozdział IX

Jason i jego syn wirowali przez czas, śpieszyło im się, Linhardt, zwierzę Jasona przebywało na Valiant Street V, razem z Laukazem i Liv, udało im się wylądować przed domem, wszyscy pognali na górę, zagrożenia nie było, drzwi otworzyła im Livia, w czerwonym szlafroku, widać została przed chwilą obudzona. Randall ze zdumieniem zauważył, że jego narzeczona ma większy brzuch, była w zaawansowanej ciąży, szybko skomunikował się z Jerzym
- "Cześć, śpisz?"
- "Skoro rozmawiamy to chyba nie!, co sie dzieje?"
- "Chodzi o Liv, kiedy mnie nie było, jej ciąża nie była zaawansowana, a teraz?, zaraz mi kobieta zacznie rodzić!"
- "Wir Czasu został naruszony, kiedy ciebie nie było przez jeden dzień, tutaj minęło 8 miesięcy chłopie, wieź ją do szpitala, bądź przy niej, pogadam z Jasonem, on ci wszystko wyłoży" - skończył, po czym rozłączył się.
Siedzieli w salonie zastanawiając się co robić, gdy Liv prawie, że zgięła się w pół z bólu.
- Rodzę! - krzyknęła.
Jej narzeczony długo nie czekał, chwycił ją na ręce, rozpostarł skrzydła i w mgnieniu oka znalazł się w placówce służby zdrowia. Na oddziale widać było zaspane pielęgniarki, krzątających się woźnych oraz pacjentów w salach. Tylo pobiegł do najbliższej dyżurki.
- Narzeczona mi rodzi!, proszę o pomoc. - krzyknął do lekarza siedzącego przy biurku, ten zareagował natychmiast, i 10 minut później Liv była na porodówce, Randall usiadł na krześle obok sali i czekał, nie wiadomo skąd pojawił się obok niego ojciec.
- Ładnie, zostanę dziadkiem. - uśmiechnął się do syna i uściskał po ojcowsku. - Widzisz synu, pamiętam kiedy to 35 lat temu ja odbierałem twoją świętej pamięci matkę z tej samej sali porodowej, ona rodziła ciebie, a ja czekałem na nią, była piękna tak jak Liv, brakuje mi jej zginęła w katastrofie samolotu, kiedy leciała do Bostonu razem z Noelem i Rayem.
- Pamiętam mamę, kiedy zginąłeś ja byłem dla niej oparciem, straciłem ciebie wtedy przez swoją głupotę, nie mogłem sobie tego wybaczyć tato. - Randall się rozpłakał jak małe dziecko. - Pamiętam, kiedy walczyłem z tobą na rzymskiej prowincji Zucckabar, pamiętam kiedy kazałem cię pojmać i uwięzić, nie byłem wtedy sobą, miałem wypaczony umysł, wybaczysz mi tato? - spytał ze łzami w oczach.
- Synu, gdybym miał ci nie wybaczyć, nie siedziałbym teraz tutaj i nie czekałbym na narodziny mojego wnuka, lub wnuczki, ja cię kocham Randall, jesteś moim synem, i będę przy tobie zawsze, pokonałem śmierć, aby ci pomóc. - nie przestawał uśmiechać się Jason.
- Radziłem sobie doskonale sam.
- Ale już nie jesteś sam, masz ojca, dotarło?.
- Kiedy opijamy pępkowe? - spytał Randall ze śmiechem.
- Jeszcze ci się potomek nie urodził, a ty już chcesz opijać nałogowcu ty jeden!. - ochrzanił go ojciec. - Siedź i czekaj.
Minuty wlokły się niemiłosiernie, dwaj aniołowie siedzieli prawie, że nieruchomo na krzesłach, w końcu nad ranem o godzinie 10 z pokoju porodowego wyszedł lekarz, siwy starszy człowiek z pomarszczonym czołem i w białym kitlu.
- Pan Randall Tylo?. - zwrócił się do Jasona.
- Nie panie doktorze, jestem Jason Tylo, ojciec tego oto jegomościa, to jest Randall. - odpowiedział wskazując na syna.
- A więc proszę pana, moje gratulacje, ma pan uroczego synka, pańska małżonka śpi, wyjdzie ze szpitala wieczorem, w czasie porodu nie było komplikacji, odwiedzić żonę może pan później, proszę iść i się przespać, do widzenia. - podał obydwu rękę po czym oddalił się.
- Pijemy pępkowe - odezwał się Jason.
- Tato!.Cholera jasna!, ja tu się martwię jak zapewnić mojej przyszłej żonie i synowi bezpieczeństwo a ty tylko o chlaniu, powiedz mi czego się dowiedziałeś na temat zagrożenia.
- Daj mi się chociaż kawy napić, ok?.
Poszli oboje do domu, Laukaz i Linhardt byli w swoich normalnych postaciach, jednak zaczęli się łasić do właścicieli. Ci pogłaskali ich za uszami.
- Leżeć obaj. - odezwał się Randall.
Gdy już pili napój z dużą domieszką kofeiny, oboje odżyli. Jason opowiadał synowi o wszystkim co wiedział na temat artefaktu, nagle przed nimi pojawił się.........
- Logan!? - krzyknął Jason.
- Hylius!? - krzyknął Randall. - Jak to możliwe?.
Okazało się, że Logan i Hylius cały czas przebywali w Rzymie, jednak tylko rzymianin zmienił się nie do poznania, włosy miał postawione na żel, opalony i pewny siebie, nie byl już tym kogo Jason zostawił w Rzymie. Oboje byli gladiatorami u Commodusa, a gdy władca zginął ci wrócili pomóc ojcu i bratu. Przeszli szkolenie na archaniołów, jednak poprosili Gabriela aby nic nikomu nie mówił o ich treningu. Holcroft miał w ręku butelkę wódki.
- Pępkowe?. - spytał Logan
- No dobra, niech wam będzie, czekajcie na mnie, odbiorę Liv i dziecko ze szpitala, a właśnie nie pomyślałem nad imieniem, co proponujecie?
- Nazwij go powiedzmy.........Scott?. - podsunął Jason.
- Albo Bruce, może być? - pomagał ojcu Logan.
- Niech będzie Bruce, idę po Liv. - rzekł Randall po czym zniknął w płomieniach. Pojawił się za pół godziny razem z kobietą i synkiem na ręku.
Liv poznała się z Loganem i Hyliusem, Jason nalał im trunku, po czym wstał.
- Proszę o uwagę, teraz gdy rozpoczęliśmy przyjęcie...
- Raczej libację alkocholową - wtrącił Randall.
- Zamierzam aby..
- Wszyscy się urżnęli.
- Po części oficjalnej możemy..........
- Zacząć pochłaniać procenty. - ten ostatni przerywnik wywołał falę śmiechu, Jason wyrzeźbił wnukowi piękną kołyskę z drewna, a Logan przyniósł pościel, wszystkie rzeczy dla dziecka też się znalazły.
- Idziesz o zakład, że nie będziesz dziś trzeźwy? - spytał Randall z miną niewiniątka.
- Idę. - odparł Jason. - Zaczynamy.
Wszyscy bawili się świetnie, spać poszli dopiero rano, Liv nie piła, karmiła piersią dziecko. Jason poszedł spać na górę, Logan i Hylius też, Randall zasnął obok narzeczonej. Miał syna śpiącego w kołysce i to było najważniejsze aby utrzymać jego i Livię.
Laukaz
PostWysłany: Sob 13:19, 18 Sie 2007    Temat postu: Więzień Czasu III : Miecz Ibelinu

Rozdział I

Królestwo Jerozolimy było rozdarte przez liczne wojny w obronie Ziemi Świętej. Krucjaty wyniszczyły wszystko co było w tym państwie wartościowe. Krucjata która miała przesądzić o wszystkim dobiegała końca. Wojska Saracenów wdzierały się do twierdzy króla Keraku Baldwina IV. Rycerze byli bezsilni wobec narastającego zagrożenia. Cały Kerak płonął, pożoga trawiła wszystko, król był już umierający, choć młody, Baldwin cierpiał na trąd. Siedział sam w ciemnej komnacie, czekając na śmierć, odgłosy mordowanych ludzi, zarówno mężczyzn jak i kobiet. Do komnaty wdarł się samotny saraceński rycerz z zakrwawionym mieczem w dłoni, twarz była zasłonięta przez hełm.
- Jesteś mój, o panie - szepnął z drwiną w głosie, po czym uniósł miecz gotów do zadania ciosu. Jednak dosięgła go strzała, która trafiła pod żebro, ten jęknął z bólu. Tajemniczy oponent wykorzystał tą chwilę słabości, po czym zanurzył mu miecz w gardle. Krew zalała podłogę, charkot zabitego niósł się po całej komnacie.
- Akurat ciebie Gwidonie podejrzewałem - rzekł nieznajomy zbawca króla, zdejmując hełm. Twarz miała szlachetne rysy, długie czarne włosy spływały na ramiona, mięśnie były jak rzeźbione z marmuru. Spojrzał na władcę, po czym rzekł.
- Wasza wysokość, nie mamy czasu, musimy uciekać nim zjawi się więcej saracenów, sam nie dam im rady a wojska Keraku nie wytrzymują, musimy poddać miasto.
- Balianie nie wyjdę, śmierć już mnie trawi, uciekaj jeśli ci życie miłe. Zabij mnie, nie mogę już dłużej wytrzymać z bólu, trąd mnie pożera żywcem.
- Nie mogę panie, nie mogę cię zabić - wycharczał Balian.
- Zrób to!
Młodzieniec nie miał wyjścia, zatopił miecz w klatce piersiowej władcy, po czym uciekł tajemnym tunelem. Wędrował długo, w końcu odnalazł konia, wsiadłwszy na rumaka pognał w ciemność z dala od Keraku, z dala od Jerozolimy, którą trawił ogień pogan. Jechał długo aż odnalazł to czego szukał, zamek na środku pustyni, kute wrota z kamienia, oraz solidne cegły, strzeliste baszty i wieżyczki wskazywać mogłyby, iż mieszka tu jakiś znamienity Lord, lub Baron. Jednak nic nie było takie jakie mogłoby sie wydawać. Balian podjechał pod bramę, na basztach zobaczył mężów w białych zbrojach i płaszczach o tym samym kolorze.
- Kim jesteś i czego tu szukasz! - krzyknął mężczyzna z baszty uzbrojony w kuszę.
- Jestem Balian z Ibelinu, szukam wielkiego mistrza zakonu Templariuszy.
Brama została mu otworzona, wjechał na obszerny dziedziniec zostawiając konia, i idąc za rycerzem w głąb zamku. Doprowadzony został do obszernej komnaty. Siedział tam starszy człowiek z siwą brodą i krótkimi włosami.
- Jestem Balian z Ibelinu, panie, chcę zostać jednym z was. - oświadczył
- Czy jesteś gotów na wyrzeczenia jakie niesie ze sobą bycie członkiem naszego zakonu? - spytał wielki mistrz.
- Jestem całym sercem. - odparł młodzieniec.
Dano mu miecz oraz szaty, jednak zanim je przywdział musiał stoczyć pojedynek z czempionem. Był nim ponad dwumetrowy osiłek z dwuręcznym toporem w dłoni, Balian pokonał go łatwo, przeturlał się między nogami przeciwnika zadając mu cios w plecy i rozszczepiając kręgosłup. Wielki mistrz patrzył z podziwem na młodego rycerza. Wydał rozkaz by ten przebrał się w szaty i przypiął miecz do pasa. Gdy ten był gotowy, mistrz wyjął swoją broń po czym dotknął ramienia nowicjusza.
- Witaj Balianie z Ibelinu, nowo przyjęty w nasze grono. Powstań i przynieś chlubę zakonowi jako jeden z Templariuszy.
Gdy młodzieniec powstał uczucie euforii rozpierało mu serce. Był członkiem zakonu o którym słyszał od ojca w dzieciństwie. Teraz musiał jechać do Jerozolimy, aby pomóc w następnej krucjacie w celu obrony Ziemi Świętej

Rozdział II

Randall Tylo obudził się z krzykiem, sen który nawiedzał go co noc nie dawał mu spokoju, w tym śnie widział śmierć swojego ojca Jasona. Choć ten już nie żył od 10 lat Randallowi dalej było ciężko pogodzić sie z jego odejściem. Pamiętał ten dzień, kiedy stał w świątyni Posejdona a bóg śmierci Tanatos zabił człowieka, który był dla niego wszystkim i u którego zawsze znalazł wsparcie. Więź ich łącząca była tak potężna, że Jason szukał syna w Rzymie i przypłacił to życiem. Randall mieszkał sam, Karen Tylo jego matka, Ray Pitt i Noel Rennick zginęli w katastrofie samolotu, natomiast Logan Holcroft jego przyrodni brat zaginął i nie można było z nim złapać kontaktu, Hylius młody rzymianin przybyły z nimi do Londynu też nie dawał znaku życia. W wieku 35 lat młody Tylo był przystojny, właściwie stał się podobny do ojca. Czarne włosy ścięte na jeża, poważny wyraz twarzy, brakowało mu tylko blizny na prawym policzku. Mieszkał dalej na Valiant Street V, chociaż nie miał co robić w takim dużym mieszkaniu, do małżeństwa mu sie nie spieszyło. Korporacja "History Discovers" dalej prosperowała, Randall objął stanowisko, które piastował jego ojciec a wcześniej przybrany dziadek Clive Tylo. Przeciągnął się na łóżko, po czym spojrzał na budzik na szafce, wskazywał godzinę 2 w nocy. Chcąc nie chcąc poszedł do kuchni nastawić wodę na kawę. Randall sprawował władzę nad korporacją przez odpowiednich ludzi, jemu samemu znudziła się praca w wielkiej firmie, dlatego został nauczycielem Historii w szkole podstawowej w Londynie. Miał niedaleko do pracy, szedł tylko 5 minut i uczył tylko jedną klasę. Lubił te dzieciaki, a one lubiły jego, uczył szóstą klasę dopiero od miesiąca, lecz był naprawdę dobrym pedagogiem. Do pracy miał przyjść na 7.00, ponieważ dyrektor Carlos Vega chciał z nim porozmawiać. Nie wiedział o co chodziło, ale nie obawiał sie zbytnio. Carlos Vega był człowiekiem już podchodzącym pod 60-tkę. Wszyscy pracownicy go szanowali, uczniowie zresztą też. Randall nawet nie zauważył, kiedy była już 7.00. Poszedł do łazienki, ubrał się w czarne spodnie, białą koszulę i krawat. Włosy postawił na żel, wziął swój neseser i ruszył do pracy. Pogoda była średnia, nie było za ciepło nie było za zimno, na niebie pojawiały się chmury. Wszedłwszy do obszernego holu przywitał się z konserwatorem i poszedł do gabinetu dyrektora. Zapukał, po czym usłyszał.
- Proszę.
Wszedł, uśmiechnął się, czekając aż dyrektor skończy wypełniać dokument przed nim leżący. Gdy podniósł głowę, wskazał nowo przybyłemu krzesło.
- Proszę usiąść Panie Tylo. - rzekł z ojcowskim uśmiechem, po czym podał mu dłoń, Randall ją uścisnął, po czym usiadł.
- Proszę Pana, otóż mam do pana nietypową sprawę, właściwie to nie ma pan sie czego bać, nie redukuję etatów. Klasa, którą Pan uczy...... - nie zdążył, ponieważ Randall mu przerwał.
- Panie Dyrektorze, pan pozwoli, że przerwę, ale mam prośbę, jest pan odemnie starszy i nie ukrywajmy mógłby pan być moim ojcem, dlatego prosiłbym aby zwracał się pan do mnie po imieniu, mam na imię Randall. - po czym sie uśmiechnął.
- No dobrze, nie widzę przeszkód, otóż klasa którą uczysz miała za wychowawcę pana Williama Norringtona, jednak nie był zbytnio lubiany a do tego przychodził pijany na lekcję.
- Norrington? - spytał Tylo. - To nie ten starszy anglista?.
- Ten sam, wiem, że uczysz historii, ale angielski też nie idzie ci źle, wakat wychowawcy dla klasy którą uczysz jest wolny. Zechcesz go przyjąć?
Randall był w szoku, lubił tą klasę i chciał zostać ich wychowawcą na ten ostatni rok, lecz nie myślał, że to marzenie sie urzeczywistni.
- Nie bede sie długo zastanawiał Panie Vega.
- Carlos, proszę cię nie patrz na mój wiek, jeśli mamy mówić sobie po imieniu to w obie strony, nawet nie przyjmuję odmowy.
- Zostanę ich wychowawcą. - rzekł Tylo.
- Lubią cię bardzo, myślę, że pozytywnie zareagują, a teraz żegnam, masz lekcje za 2 minuty. - powiedział Vega, po czym poczekał aż Randall wyjdzie, i zamknął drzwi.
Przed salą lekcyjną czekali już uczniowie, widząc swojego profesora wszyscy wpadli w euforię. Nie wiedzieli jeszcze nic o niespodziance dyrektora. Gdy ten wpuścił ich do klasy kazał im usiąść. Stanął za biurkiem, oparł dłonie o blat, uśmiechnął się, wszyscy wstali jak na komendę.
- Dzień Dobry! - ryknęli chórem.
- Cześć Dzieciaki. - odpowiedział. - Usiądźcie, mam wam coś do powiedzenia, pamiętacie zapewne pana Williama Norringtona, waszego wychowawcę w tym i poprzednim roku?
- Tak. - ryknęli wszyscy zgodnie.
- Wiem, że był przez was nielubiany.
- Pierdolony pijak. - odezwał się czarnoskóry chłopak z końca sali.
- Panie Ramirez, proszę wstać. - polecił Tylo. - Na drugi raz proszę się inaczej wyrażać o nauczycielach. - mówił spokojnie, lecz wszyscy go słuchali. - Teraz usiądź i więcej bez wulgaryzmów u mnie na lekcji. To było ostrzeżenie, następnym razem skończy sie inaczej.
- Przepraszam, panie profesorze. - wyszeptał uczeń.
- Przeprosiny przyjęte Alejandro, ale proszę bez podobnych wyskoków na drugi raz, teraz pozwólcie, że wrócę do tematu. Otóż pan Will Norrington został zwolniony.
- Co z nami będzie? - odezwała się dziewczyna o ładnej twarzy i długich czarnych włosach i niebieskich oczach.
- Panno Green, jeśli będziecie mi przerywać nigdy nie skończę. - uśmiechnął się do nich. - Waszym wychowawcą będzie osoba, pełniąca ten urząd po raz pierwszy w życiu. Wytrzymacie ze mną ten jeden rok? - spytał i pożałował, że nie ogłosił tego na jakimś apelu, bo ryk radości o mało co nie wysadził jego bębenków w powietrze.
- Cieszycie sie? - zapytał, a wszyscy pokiwali zgodnie głowami. - Na początek mam dla was niespodziankę, dzisiejsza lekcja będzie bardzo ciekawa. Mianowicie robicie co chcecie, macie wolne.
Wszyscy przyjęli to brawami i zajęli się sobą, Tylo usiadł na krześle, lecz zgiął się zaraz z bólu, poczuł się jakby na plecach wypalano mu znak gorącym metalem. Odwrócił się plecami do klasy.
- Panie Profesorze! - krzyknął Alejandro. - Coś się dzieje z pańskimi plecami!.
Tylo zobaczył to w klasowym lustrze i zamarł z przerażenia, cała koszula nasiąknęła krwią na kształt pentagramu, w dodatku był wpisany w niego miecz, ostatnim wysiłkiem Tylo spojrzał na zegarek.
- Wyjdźcie - polecił, gdy wszyscy wyszli zemdlał. Obudziło go chlaśnięcie otwartą dłonią w policzek.
- Obudź się przystojniaku - usłyszał kobiecy głos, który dobrze znał.
- Liv? - szepnął. - Gdzie ja jestem?
- W moim domu, znak z twoich pleców zniknął, jednak nie wiem co to mogło oznaczać, sam pentagram potrafię rozszyfrować, ale ten miecz mnie dziwi.
Randall otworzył oczy, leżał na sofie, nad nim stała piękna brunetka. Ubrana była w białą bluzkę, oraz czarną spódnicę. Liv Vega była córką dyrektora Carlosa Vegi, bardzo lubiła Randalla, przyszła do pracy tydzień po nim, to właśnie Randall pomógł jej się odnaleźć w nowym otoczeniu.
- Połóż się spać, jutro pomyślimy co z tym zrobić, wypij to. - podała mu przezroczysty płyn w szklance. Gdy Tylo go wypił zasnął od razu. Liv postanowiła mu pomóc i odgadnąć razem z nim co może oznaczać tajemniczy symbol na jego plecach, jednak czuła, że nie jest to nic dobrego, zwłaszcza gdy pokazane za pomocą ludzkiej krwi.

Rozdział III

Randall obudził się obolały, Liv nigdzie nie było, na spotkanie Carlosa nie mógł się narazić, ponieważ ojciec i córka mieszkali osobno. Zegarek na jego ręku wskazywał na 9.00 rano.
- Kurwa, powinienem już być w szkole. - zaklął, po czym zerwał się z łóżka. Miał zabandażowaną klatkę piersiową, czemu zawdzięczał trudności w oddychaniu. Na stole znalazł list od przyjaciółki.

Cześć. Nie ruszaj sie nigdzie z domu, siedź gdzie jesteś, szkołą się nie martw, wzięłam za ciebie zastępstwo. Porozmawiamy jak wrócę a tymczasem czuj sie jak u siebie.
Liv

Młody Tylo nie wiedział co robić, jednak instrukcje Liv brzmiały wyraźnie "Czuj sie jak u siebie". Wziął z lodówki talerz z kiełbaskami i zaczął jeść. Gdy już zjadł i posprzątał niebo za oknem zaczęło się zmieniać. Z błękitnego przeistoczyło sie w szare, zaczęło padać, jednak ten deszcz nie był zwykły, z nieba padał grad kul ognia. Ziemia niebezpiecznie się zatrzęsła, Randall wybiegł na ulicę, porwawszy wcześniej jakąś męską koszulkę z szafki. To co sie działo było nie do opisania. Żeby uniknąć śmiercionośnych pocisków lecących z nieba musiał szybko wskoczyć do taksówki. Poprosił taksówkarza, aby ten zawiózł go do szkoły.
- Daj pan gazu! - ryknął z furią, która została mu po tym, kiedy był Księciem Mrocznych Pretorian w Rzymie.
Gdy dotarł już na miejsce wskoczył do gmachu, wszystko było kompletnie zrujnowane i zniszczone.
- Boże......... - mruknął z przerażeniem w głosie. - Liv. - pomyślał, po czym puścił się pędem przez główny hol krzycząc "Liv!". Dach walił się za nim, jednak ten nie rezygnował, musi znaleźć przyjaciółkę żywą i doprowadzić ją spokojnie do mieszkania.
- Liv! - krzyczał dalej, choć dach za nim rozpadał się w mak. Zbiegł do piwnicy, znalazł tam całą swoją klasę oraz przestraszoną i zapłakaną przyjaciółkę.
- Do schronu. - rzucił dzieciakom. - Ja i Pani Vega zaraz do was dołączymy. Gdy zostali sami, bezpieczni w piwnicy Liv rozpłakała się, Randall nie zastanawiał się nad niczym, przytulił kobietę.
- Co sie stało? - spytał.
- Tata. - łkała ze łzami w oczach. - Został zamordowany. - skończyła z trudem, po czym rozpłakała się jeszcze bardziej.
Randall postanowił zostać z nią i klasą w schronie, aż uspokoi sie to całe zamieszanie. A nie zapowiadało się, aby skończyło sie to szybko. Trzymał przyjaciółkę w ramionach, aż ta przestała płakać i złożyła na jego ustach pocałunek.
- Dziękuję. - szepnęła, po czym skierowali się do schronu, czekali tam na nich przerażeni uczniowie.
- Spokój! - krzyknął Tylo, wszyscy zamilkli. - Zostajemy tutaj, wszyscy, nikt nie wie co sie dzieje, chłopcy są pod moją opieką, dziewczyny piastuje Pani Liv Vega, proszę o posłuszeństwo, dzisiaj tutaj śpicie. Porozkładajcie się tak jak komu wygodnie, ja tym czasem zawiadomię o wszystkim waszych rodziców, przepraszam was na chwilę. - rzekł po czym opuścił pomieszczenie, aby zadzwonić do wszystkich rodziców po kolei. Zajęło mu to pół godziny, potem poprosił Liv na ciemny korytarz.
- Co mówi policja? - spytał.
- Tata został zamordowany poprzez rozcięcie gardła, jednak to dziwne, jego rana błyszczy się i pali się w niej żywy ogień. - mówiła spokojnym głosem, jednak Randall wyczuł, że Livia przeżywa załamanie, nic dziwnego, sam stracił ojca i wiedział jakie to uczucie. Przytulił mocniej przyjaciółkę.
- Nie jesteś bezpieczna u siebie, zamieszkaj u mnie, mam kilka pokoi, pomieścimy się, ja w jednym, ty w drugim, co do twojego ojca przyrzekam ci, że znajdę tego kto to zrobił. - postanowił z zimną furią w głosie. - Znajdę go i nie spocznę póki nie zabiję.

Tymczasem w Czeluściach Ziemi

Cała komnata była z litej skały, świecącej krwiście czerwonym blaskiem. Pośrodku stał tron, na nim siedział zakapturzona postać, przed nią klękało kilka takich samych.
- Miecz Ibelinu, tylko to jest mi potrzebne, doceniam waszą ofiarę. - syknęła postać. - Chcę widzieć chaos na ziemi, i tylko ten miecz może mnie uwolnić.
- Ja go przyniosę, ojcze. - ozwał się drugi zakapturzony osobnik.
- Dobrze Mammonie, lecz mnie nie zawiedź, jeśli to zrobisz pożałujesz. - syknął ojciec Mammona. Gdy jego syn rozpłynął się w powietrzu pośrodku ojciec wygnał z komnaty swoje sługi.
- Ten miecz może mnie uwolnić................Lub zabić. - szepnął. - Muszę zabić Randalla Tylo, on może pokrzyżować mi plany.

Rozdział IV

Randall przewrócił się na drugi bok, spał bardzo niespokojnie, właściwie to nie mógł zasnąć. Wszędzie w schronie byli chłopcy z jego klasy, ułożył się obok ściany i próbował ponowić przerwane zajęcie, jednak nie udało mu się, zerknął na zegarek na rękę. Wskazywał 8.00 rano, spojrzał za małe okienko.
- Pogoda sie już uspokoiła, mogę spokojnie wyprowadzić dzieci a co najważniejsze Liv. - pomyślał. Obudził całe zgromadzenie, Livia też nie była wyspana.
- Nie puszczę ich samych do domów, jeszcze pierdolnie nas piorun i co? - zapytał towarzyszkę.
- To co masz zamiar zrobić? - odpowiedziała pytaniem Liv.
- MZK. - odpowiedział w skrócie z uśmiechem na twarzy. Wyciągnął mocno już zdezelowany telefon i zorganizował wszystko tak jak trzeba, gdy wszystkie dzieci już były bezpieczne w domach, młody Tylo odetchnął. Zamierzał udać sie do do swojego mieszkania, pożegnał przyjaciółkę i udał się do swojej pakamery. Rzucił się nieprzytomny na łóżko, zasnął, nareszcie zasnął. Obudził go dźwięk wyłamywanych zawiasów. Od razu oprzytomniał, w holu stała postać w czarnym kapturze i pelerynie.
- Kim ty kurwa jesteś? - rozgniewał się Tylo, pamiętał gdy 25 lat temu podobny napastnik wtargnął do tego samego mieszkania, wtedy przeciwstawił mu sie jego ojciec, już nieżyjący Jason Tylo.
Niewiele myśląc, rzucił się na intruza z pięściami. Ten zablokował atak i posłał go na ścianę jednym kopnięciem.
- Jestem Mammnon, i szukam Randalla Tylo. - odpowiedział cichym szeptem. - Gdzie on jest?.
- Czego chcesz?.
- Miecza Ibelinu. - odpowiedział, po czym ruszył do ataku z obnażonym mieczem. Natomiast Tylo nie miał w dłoni nic. Gdy Mammon szykował się do ataku i miał ciąć tętnicę Randalla całe pomieszczenie wypełnił oślepiający blask, z nieba zstąpiła postać w oślepiająco jasnej todze, długimi czarnymi włosami i pustymi oczodołami. Twarz miał młodą.
- Odejdź! - krzyknął, po czym ciął z rozmachu, głowa Mammona odpadła, i spopieliła się razem z ciałem. Tylo nie mógł wyjść z podziwu, przybysz podał mu ramię.
- Chwyć i nie zadawaj pytań.
Gdy Randall chwycił nieznajomego, wszystko nabrało światła, szybował aż stanął przed Złotą Bramą.
- Kim jesteś? - pytał Tylo.
W tej samej chwili rozwarły się odrzwia i wyszli z nich podobni do swojego towarzysza.
- Witaj Gabrielu. Widzę, że przyprowadziłeś nam.....Naszego zbawiciela. - ozwał sie jeden z nich.
- Gabrielu?. Zbawiciela?.
- Pozwól, że ci wszystko wyjaśnię. - odpowiedział mu zbawca. - Jestem Gabriel, a to są Szymon, Jerzy i Michał. Szymon i Jerzy są święci. Ja i Michał jesteśmy archaniołami Pana. Jednym słowem jesteś w królestwie Bożym.

Tymczasem na Ziemi.

Liv szukała Randalla po całym mieście, nigdzie nie mogła go znaleźć, zaczynała się martwić. Ten człowiek był dla niej kimś więcej niż przyjacielem. Czuła do niego coś więcej, dlatego się tak martwiła. Z nieba zstąpił Jerzy. Dał jej pergamin i zniknął równie szybko jak się pojawił.

Liv. Jestem w bezpiecznym miejscu, nie martw sie o mnie i zabezpiecz moje mieszkanie. Nic mi sie nie stanie, nie szukaj mnie, bo i tak nie znajdziesz. Zobaczymy się niedługo.
Randall.

Kobieta stała jak osłupiała. Randall dostarczył jej wiadomość, wiedziała, że żyje, mogła w końcu odetchnąć z ulgą. Udała się do swojego mieszkania, w końcu była zmęczona.

Tymczasem w Królestwie Bożym

Randall nie mógł uwierzyć w to gdzie był, przechadzał się po boskiej łące w towarzystwie Gabriela, archanioł wyglądał jak człowiek, skrzydła miał schowane pod białą jak śnieg togą. Szli po zielonej trawie, młodzieniec nie był w stanie wykrztusić słowa.
- Jakieś pytania? - spytał Gabriel z uśmiechem na twarzy.
- Tak, jeśli mogę wiedzieć, jakim cudem jestem tutaj, skoro jestem żywy?.
- Otóż przepowiednie z czasów Jeruzalem mówią, że pojawi się Wybrany Zbawiciel, zakończy on wojnę między Niebem a Piekłem, jednak do tego potrzebny jest mu pewien artefakt. Artefakt pochodzący z czasów Wypraw Krzyżowych, dziedziczył go rycerz wykazujący się niezwykłym męstwem, napewno o nim słyszałeś, w końcu historia to twoja pasja przyjacielu. Ten ktoś to nikt inny jak Balian z Ibelinu, a artefakt jaki masz zdobyć to jego miecz. Miecz Ibelinu.
- Znowu podróż w czasie?! - zirytował się Tylo. - Kurwa mać, nie wiem czy wiesz Gabrielu, ale przez eksperymenty z czasem straciłem ojca!.
- Ten Miecz.......Nie wiem jak to ująć, ale mówię prawdę Randallu, może przywrócić mu życie. - odrzekł Gabriel. - Zdobądź go, i użyj w szczytnym celu. Jednak samo młócenie orężem na prawo i lewo w niczym Ci nie pomoże. Musisz przejść szkolenie.
- Ja? - spytał Randall. - Na czym będzie polegało?
- Czas w niebie biegnie inaczej, jeden rok u nas to na ziemi minuta. Przez rok będę szkolił Cię ja. Przez następny Szymon, potem Jerzy a na końcu Michał.
- Do czego to prowadzi? - drążył Tylo. - Zmienię się?.
- Wyrośnie Ci parka skrzydeł. - roześmiał się archanioł. - Zostaniesz archaniołem.
- JA!?.
- Tak Ty, przez pierwszy rok nauczysz się walki mieczem ognia, później strzelania z boskiego łuku i kuszy, następny rok poświęcisz na studiowaniu historii niebios, przedostatni rok będzie treningiem umysłu. Będziesz mógł między innymi czytać w myślach innym, oraz panować nad ich umysłami, ostatni okres szkolenia obejmuje latanie i opanowanie maskowania się wśród wrogów. - skończył wywód Gabriel.
- Maskowania?.
- Będziesz jak kameleon, wtopisz sie w każde otoczenie i będziesz mógł dowolnie zmieniać swój wygląd. Pasuje?. - spytał z uśmiechem.
- Pewnie, kiedy zaczynamy? - pytał Randall.
- Jutro, narazie idź odpocząć i nabrać sił.
Tylo posłuchał, położył się spać, czuł, że jego życie się zmieni, nawet nie wiedział w jakim stopniu.
Rozdział V

Dni w Królestwie Niebieskim mijały Randallowi na cięzkiej pracy, gdy pierwszy raz chwycił do ręki miecz ognia ugiął się pod jego ciężarem. Gabriel, który go szkolił patrzył na to z pełną powagą.
- To kurewsko ciężkie! - krzyknął Tylo po tygodniu ćwiczeń. - Ja sie zestarzeje zanim stąd wyjdę!.
- Tutaj czas nie płynie - odrzekł mu archanioł z uśmiechem. - Twoja przyjaciółka nie może sie dowiedzieć kim jesteś, inaczej nas ujawnisz.
- W ogóle?.
- Do czasu, szatan zbiera armię i jesteś nam potrzebny, chwytaj Miecz Ognia i do dzieła, ale przedtem wypij to. - podał mu fiolkę ze złotym płynem. - Tutaj masz zawartą anielską siłę, jeden głębszy i po wszystkim.
Randall wychylił zawartość fiolki, poczuł dreszcz i sensacje żołądkowe, wstrząsnęło nim, uniósł się w powietrze, poczuł jak skóra na plecach mu się rozdziera i wyrastają najprawdziwsze skrzydła. Były śnieżnobiałe, na ramieniu wypalony miał łaciński napis : "Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor"
"Niech z naszych kości narodzi się mściciel".
Gdy opadl na ziemię nie mógł dojść do siebie, Gabriel pomógł mu wstać.
- Chwytaj Miecz Ognia i jadziem z tym koksem.
Tylo posłuchał, ale teraz oręż był leciutki niczym piórko, co więcej czuł się jakby urodził się z nim.
Minął rok, Tylo przeszedł szkolenie u Gabriela, następnie przejął go Szymon.
- Cześć. - przywitał się Szymon. - Gabriel mówił mi o Tobie wiele pozytywnych rzeczy. Zaczynamy. - Wręczył mu złoty łuk i kołczan ze złotymi strzałami. - Strzel nim w środek tarczy a zobaczysz co się stanie. Randall posłuchał, tarcza rozbryzła się w powietrzu, nie było po niej śladu.
- Boski Łuk nie pozostawia po sobie śladów, aha i jeszcze jedno masz niewyczerpalny limit strzał. Pasuje? - spytał z uśmiechem.
- Jasne.
Tak minął kolejny rok, Tylo okazal się pojętnym uczniem, jego muskuły nabrały niebywałej siły. Opalił się, latanie też opanował, pod kierownictwem Jerzego, maskowanie się wychodziło mu dobrze, był praktycznie nie do poznania i mógł zmienić się w każdą osobę. Tak minęły mu te cztery lata. Gdy siedział na łące myślał o Liv, ta dziewczyna znaczyła dla niego bardzo wiele. Podszedł do niego Gabriel.
- Jesteś gotowy do inicjacji, dostaniesz anielski miecz i coś jeszcze, ale to tajemnica - rzekł z uśmiechem.
- Co dostanę? - spytał Tylo.
- Zobaczysz.
Gdy wszystko było gotowe Randall wkroczył do okrągłej błekitnej sali, na środku siedział starzec w białej szacie. Aniołowie skłonili się przed nim, Tylo instynktownie zrobił to samo, w końcu stał przed Bogiem.
- Wstańcie - rzekł Stwórca. - Młody Przyjacielu, Jesteś już gotowy, to jest Twój Anielski Miecz. - wręczył mu Złoty Oręż. - I mam dla Ciebie coś jeszcze, każdy archanioł to ma, ale każdy ma inne. - To mówiąc skinął głową na najbliższego anioła, ten wrócił prowadząc ze sobą coś czego Randall sie nie spodziewał.
- Fajny Kiciuś? - spytał Gabriel.
Młody Anioł prowadził Tygrysa. Tylo oniemiał i o mało co nie zemdlał.
- To jest Twoje zwierzę, ten tygrys jest Twój, ma na imię Laukaz.
- Ja mam sie nie ujawnić?, przecież nie każdy zapierdala po Londynie z Tygryskiem na smyczy!.
- Otóż to, ale Twoje skrzydła umiesz maskować, a Laukaz będzie pod postacią słodkiego małego Kotka, jeśli bedziesz potrzebował go w jego naturalnej postaci zwyczajnie wydaj mu rozkaz. On słucha Twoich poleceń. Nawet Liv ma nic o nas nie wiedzieć. Laukaza znalazłeś w śmietniku jak coś. - skończył wywód archanioł, po czym pożegnał się i wyszedł.
Do młodego Tylo podszedł Stwórca, dał mu dodatkowo Złoty Łuk i pożegnał się, każąc mu wrócić na ziemię.
- Laukazie. - przemówił Randall do zwierzęcia. - Wracamy, i postaraj się mniej rzucać w oczy.
Tygrys zmienił się w śnieżnobiałego kota Randall przybrał postać wielkiego orła i oboje pofrunęli na Valiant Street V.
Tylo ugościł zwierzaka najlepiej jak mógł, potem położył się na kanapie, a kot wlazł mu na kolana, głaszcząc go za uszami Randall myślał o Liv i o tym co musi przed nią zataić. Poderwał się z sofy, gdy usłyszał pukanie do drzwi i głośnie wołanie o pomoc.
- Pomocy! - krzyczała jak się Randall domyślił Liv, poznał ją po głosie, wpuścił do mieszkania, po czym szybko zaryglował drzwi.
- Co jest?!.
- Gonią mnie trzy zakapturzone postacie, chcą mnie zabić. - płakała na ramieniu przyjaciela.
- Zostań tutaj. - polecił, po czym wyskoczył oknem.
Tak jak mówiła Liv, stali tam trzej zakapturzeni osobnicy, każdy z czarnym mieczem w dłoni i kapturem na twarzy.
- Oddaj nam ofiarę głupcze, żaden śmiertelnik nie może pokonać synów Diabła. - ozwał się pierwszy z nich.
Nagle na dworze zrobiło się ciemno, niebo było czarne jak smoła.
- Nie wejdziecie tam. - oznajmił zimnym głosem Tylo. - Po moim trupie.
- Żaden czlowiek nas nie powstrzyma. - syknął osobnik stojący w środku, po czym rzucił się na Randalla z mieczem w dłoni, minął ułamek sekundy a Tylo potraktował go Kulą Błyskawicy(Jako archanioł panował nad żywiołami). Następny demon podzielił los kolegi, dostał boską strzałą w twarz. Rozbryznął się w drobny mak. Ostatni Demon wezwal telepatycznie resztę swoich pobratymców, cały legion zjawił się w oka mgnieniu, Każdy był ubrany tak samo.
- Tak sie nie bawimy - rzekł Tylo, po czym w myślach dodał "Laukaz do mnie!, bądź pod prawdziwą postacią". Obok niego pojawił się ogromny tygrys. - Zaczynamy zabawę.
Kule Błyskawic latały wokoło, zaroiło się też od boskich strzał, niejednego dosięgło ostrze złotego miecza. Kły Laukaza też szarpały wszystko co mogły a pazury rozdzierały każde ciało.
- "Gabrielu, sprzątnijcie to" - poprosił telepatycznie przyjaciela. - Idziemy do Liv Kotku. - rzekł do zwierzaka, który był już normalnym zwykłym kocurkiem.
Gdy wszedł do mieszkania Livia rzuciła mu sie na szyję ze łzami w oczach.
- Szłam do siebie ze szkoły, nagle zaatakowali mnie ci troje, powiedzieli, że jestem ofiarą dla ich mistrza. Zabili niewinnego przechodnia, który starał się ich powstrzymać. - płakała mu w ramię.
- Mieszkasz u mnie, szkołę remontują, dlatego mamy wolne, to jest postanowione. - przytulił kobietę i namiętnie pocałował. - Miałem Ci to już wcześniej powiedzieć, kocham cię Liv,jesteś dla mnie wszystkim i nie pozwolę, żeby coś ci sie stało.
- Ja ciebie też kocham i dlatego zamieszkam z tobą. - uśmiechnęła się po czym zaciągnęła chłopaka do pokoju, na sofie leżał Laukaz.
- To mój Kiciuś. - uśmiechnął się Tylo. - Ma na imię Laukaz.
- Śliczny. - westchnęła Liv.
- Złaź Kot. - szepnął mu jego pan.
Zasnęli wtuleni w siebie, Randall przy nikim innym nie czuł sie swobodniej niż przy niej, Jason Tylo jego ojciec byłby dumny z nowej natury syna, jednakże on już nie żył.

Tymczasem w Piekle

Lucyfer chodził po komnacie wściekły.
- Jak to możliwe! - krzyczał. - Cały Legion Demonów zginął z ręki jakiegoś śmiertelnika!.
- Nie. - ozwał się jeden z jego sług. - To nie jest zwykły śmiertelnik. - On ma za sobą całe niebiosa i szuka Miecza Ibelinu, ma narzeczoną, proponuję użyć jej jako przynęty i jako ofiary dla ciebie Panie.
- Chemosie, wobec powyższego zajmiesz się nim, jesteś moim najlepszym uczniem, gdy już zlikwidujesz tego robaka, szukaj Miecza Ibelinu. Jest dla nas bardzo ważny, musimy go mieć po swojej stronie.
Rozdział VI

Gdy Randall spoczął obok Liv goniąc Laukaza z łóżka w jednym z wielu zaułków miasta otworzył się znajomy niebieski portal, wyszedł z niego mężczyzna w pełnym uzbrojeniu, przy pasie miał przypięty duży dwuręczny miecz. Obejrzał się za siebie, wir się zamknął. Nieznajomy podążył na Valiant Street V. Tam czekała na niego pomoc i wybawienie.
Tymczasem w mieszkaniu świeżo upieczonego archanioła tylko śnieżnobiały kot nie spał, czuł, że ktoś się zbliża. Przybrał postać tygrysa i obudził swojego pana(Patrz.Polizał po twarzy). Tylo obudził się, pogłaskał po łbie zwierzaka, lecz przeraził się nie na żarty nie widząc kota, lecz drapieżnika rodem prosto z Afryki.
- Do postaci kota! - syknął Randall. - Liv dostanie zawalca jak cię teraz zobaczy!.
Gdy Laukaz na powrót stal się słodkim kocurkiem Randall zwlókł się z łóżka, była 3.00 nad ranem. Był w samych bokserkach, jednak skrzydła umiał maskować, wrastały mu w skórę na plecach nie pozostawiając śladu po sobie.
Gdy siedział obok narzeczonej gładząc jej włosy usłyszał głuche "ŁUP!" w drzwi wejściowe.
- Te drzwi to pamiętają chyba niejednego gnoja. - szepnął sam do siebie, po czym poszedł otworzyć, teraz gdy był archaniołem został praktycznie niezniszczalny. Na progu stał człowiek z długimi czarnymi włosami, i miał szlachetne rysy twarzy a i umięśnienia nie powstydziłby się sam Arnold Schwarzenegger.
- Kim Jesteś?, mów albo cię przypiekę. - to mówiąc Tylo wytworzył na dłoni Kulę Ognia i polecił Laukazowi w myślach "Pilnuj Liv, ma sie nie ruszać z sypialni", po czym zwrócił się do przybysza. - Więc?, dowiem się kim pan jest?.
- Mam na imię Balian, pochodzę z Ibelinu. - ozwał się rycerz. - Wiem kim jesteś i mam dla Ciebie tajemny artefakt, który może ci pomóc w walce z siłami Diabła. - to mówiąc odpiął z pasa oręż i podał go Randallowi. Gdy ten oglądał broń w drzwiach stanęła Liv.
Tylo połączył się z Gabrielem "Cześć, co teraz mam zrobić?, Liv weszła do przedsionka, kiedy Balian dawał mi Miecz Ibelinu, co mam zrobić?"
"Możesz się ujawnić i nie budź mnie więcej bo lecisz po skrzynkę wódki" - odpowiedział mu przyjaciel.
- Usiądź kochanie, muszę ci coś powiedzieć, to jest Balian z Ibelinu - wskazał na przybysza. - A ten miecz. - uniósł w dłoniach oręż. - Jest czymś czego mam użyć. Te dziwolągi, które cię dzisiaj ścigały są demonami z piekła rodem.
- Słucham? - Liv prawie zemdlała, jednak Balian ją przytrzymał i przeniósł na łóżko.
Randall opowiedział jej o wszystkim, począwszy od pokoniania Mamona przez Gabriela jak i na pobycie w Niebiosach aż do inicjacji, na której otrzymał anielski miecz i łuk, jednak największą niespodziankę zachował na koniec.
- Laukazie. - zwrócił się do kota. - Możesz pokazać się nam w swojej prawdziwej postaci?
Przed Liv pojawił się tygrys, mruknął jednak przyjaźnie, teraz kobieta naprawdę zemdlała.
- Masz wiadro? - spytał Balian.
- Sam ją obudzę. - mówiąc to Tylo dotknął czoła narzeczonej i uspokoił jej umysł. Gdy ta wstała, pokazał jej śnieżnobiałe skrzydła i opowiedział o proroctwie, o tym, iż musi użyć Miecza Ibelinu aby ratować ziemię i niebiosa. Ta wysłuchała go, i na koniec przytuliła się do chłopaka.
- Nie jestem Bogiem kochanie, jestem człowiekiem, ale z pewnymi dodatkami i silnym. - uśmiechnął się do niej.
- Balianie, leć do pokoju na górze i walnij na którym łóżku chcesz, mam ich trochę, aha i przebierz się w coś normalnego. - zwrócił się do Ibelińczyka.
Tylo zauważył, że zaczęło świtać, jednak położył się ponieważ był zdeka zmęczony, Liv nie dała mu spać, kochali się do wczesnego południa.
- Kocham Cię - szepnął jej w ucho. - Nigdy Cię nie opuszczę, nawet gdy będę nieżywy, ale o to nie musimy sie martwić, jestem nieśmiertelny.
Balian zamieszkał z nimi, Randall załatwił mu lewy paszport i dowód osobisty. Miał użyć Miecza Ibelinu, gdy przyjdzie wezwanie z niebios, póki co z każdym demonem potrafił sobie poradzić.
Młody Ibelińczyk nazywał się odtąd Liam Whalberg. Randall czekał aż zostanie wezwany do ostatecznej wojny, która miała niebawem się odbyć. Był szczęśliwy u boku Liv i nie zamierzał tego tracić.

Tymczasem w Niebiosach.

Gabriel siedział na Bożej Łące, przyglądał się Randallowi, był dumny ze swojego ucznia, obok niego siedział zakapturzony człowiek.
- Jak myślisz Gabrielu - ozwał się nieznajomy. - Czego możemy się po nim spodziewać?.
- Wielu pozytywnych rzeczy. - uśmiechnął się archanioł. - W końcu to wnuk Posejdona, a twój....syn. - skończył. - Odsłoń twarz Jasonie.
Jason Tylo, to on był sojusznikiem Gabriela, widział całe szkolenie syna, a sam też stał się archaniołem.
- Kiedy mogę mu się pokazać? - spytał.
- Kiedy chcesz, ale pamiętaj, że musisz mu wytłumaczyć, dlaczego wciąż jesteś żywy, jak tak bardzo chcesz to fruń na ziemię i krzycz "I belive i can fly!!". - roześmiał się i uniknął ciosu w głowę od Jasona, który też runął na trawę ze śmiechu. Zastanawiał się tylko jak zareaguje jego synek, kiedy zobaczy, że ojciec wstał z grobu. Postanowił mu pomóc w wojnie i nie zrezygnuje

Powered by phpBB © 2001-2004 phpBB Group
phpBB Style by Vjacheslav Trushkin